Data dodania: 13.02.2017

Lekcje odrobione medalowo

7 stycznia br. w Warszawie odbyła się Gala Mistrzów Sportu „Przeglądu Sportowego" i Telewizji Polskiej. Statuetkę dla najlepszego sportowca niepełnosprawnego odebrała Natalia Partyka. Nominowani do tego tytułu byli też Maciej Lepiato oraz Rafał Wilk.

W 2016 r. Natalia Partyka spędziła ok. półtora miesiąca w Rio de Janeiro. Najpierw wzięła udział w Letnich Igrzyskach Olimpijskich, a później w Letnich Igrzyskach Paraolimpijskich. Z tej drugiej imprezy powróciła z dwoma złotymi medalami. Drogę do czwartego z rzędu mistrzostwa paraolimpijskiego rozpoczęła od dwóch zwycięstw 3:0. Półfinał z Brazylijką Bruną Costą Alexandre zapamięta na długo. Gdańszczanka przegrywała 1:2, ale ostatecznie wygrała 3:2. W finale nie oddała już żadnego seta Chince Qian Wang.
Mazurka Dąbrowskiego usłyszała jeszcze po turnieju drużynowym. Niepokonaną ekipę utworzyła z Karoliną Pęk i Katarzyną Marszał. W finale Polki wygrały 2:1 z Chinkami, choć najpierw przegrały spotkanie deblowe. 27-latka opowiedziała „Naszym Sprawom" nie tylko o sukcesach sportowych.

NS: - Jak wspomina Pani 2016 r.?
Natalia Partyka: - 2016 r. był wyjątkowy ze względu na igrzyska, wszystko było nim podporządkowane. Najważniejsza impreza zakończyła się sukcesem, lepszego startu nie mogłam sobie wymarzyć. Jednak cały rok to nie tylko ten turniej. Mnóstwo pracy, dużo startów, ciągłe stresy, walka o zdobycie kwalifikacji olimpijskiej, bo paraolimpijskiej byłam pewna. Nie zabrakło wzlotów i upadków, a celem numer jeden były igrzyska. To się udało zrealizować, oby każdy rok olimpijski taki był.

NS: - Jednak po półfinale turnieju indywidualnego powiedziała Pani, że to ostatni start w Letnich Igrzyskach Paraolimpijskich. To była chwilowa decyzja pod wpływem emocji i stresu. Co się wówczas wydarzyło?
NP: - Coś takiego powiedziałam, nie będę się tego wypierać. Rola faworyta nie jest łatwa, nie sprzyja komfortowi w grze. Trzykrotnie wygrałam igrzyska i zamierzałam po raz czwarty. Sama sobie krzywdy starałam się nie robić. Wiedziałam, że stać mnie na zwycięstwo. Gram na takim poziomie, że złoto jest w moim zasięgu. Najwięcej stresu i niepotrzebnego ciężaru na barki dorzucają ludzie dookoła. Takie opinie: „Partyka to ma w ciemno medal" czy „Zdobędzie złoto" nie pomagają. Człowiek stara się tego nie słuchać, ale gdzieś to dociera. W tym półfinale było bardzo ciężko. Jednak nie sztuką jest wygrać mecz, kiedy gra się dobrze. Dużą sztuką jest to, że sobie poradziłam. Wszystko było przeciwko mnie. Sama sobie utrudniałam, a Brazylijka grała super. Nic nie szło po mojej myśli. Mimo wszystko wygrałam to spotkanie. To był duży sukces. Będąc w takich tarapatach i tak sobie poradziłam. To jest najważniejsze.

NS: - Co przesądziło o zwycięstwie?
NP: - Czwartego seta wygrałam do jednego. Od początku Brazylijka grała super, to trzeba przyznać. Śmiało mogę powiedzieć, że zagrała swój życiowy mecz. Ja grałam słabo, bardzo słabo. Przy stanie 1:2 miałam w głowie milion myśli. W przerwie między setami powiedziałam sobie: „Dobra, najwyżej to przegram". Trochę ze mnie zeszło stresu. Czwartego seta zaczęłam, nazwijmy to, na luzie. Grałam odrobinę więcej tego, co potrafię. Nie grałam dobrze, do bardzo dobrej gry mi dużo brakowało. Jednak zaczęłam grać trochę inaczej. Byłam w stanie pozmieniać serwis, rotację, miejsce upadku piłki. To spowodowało, że wygrałam tego seta. Piątego też, ale już nie tak gładko. Zaczęłam bardziej używać głowy.

NS: - Notatki na temat przeciwniczki pomogły?
NP: - Przed meczem oglądam pojedynek przeciwniczki ze mną lub z kimś innym, jeśli jeszcze z tą dziewczyną nie grałam. W trakcie oglądania zawsze zapisuję sobie kilka najważniejszych rzeczy o tej zawodniczce, czyli jej dobre strony, jak gra, jak się zachowuje, co lubi, a czego nie lubi. Tak też przygotowałam się do meczu półfinałowego i wszystkich pozostałych. Przy stole można realizować taktykę, czasami ona wychodzi, a czasami nie. Najważniejsze jest, żeby być przygotowanym. Bez tego pewnie sobie poradzimy ze słabym przeciwnikiem. Jeżeli potrafi grać, to możemy się wpakować w tarapaty. Nawet niepotrzebnie przegrać, bo komuś nie chciało się oglądać meczu czy analizować. To jest zbyt duże ryzyko. Lekcja musi być odrobiona i tyle.

NS: - Przed wylotem do Rio nieśmiało powiedziała Pani o dwóch złotych medalach. Co napawało optymizmem przed turniejem drużynowym?
NP: - Do tej pory w żadnym składzie nie wygrałyśmy z Chinkami, zazwyczaj mecze kończyły się wynikiem 3:2. Ja robiłam swoje 2 punkty, wygrywałam mecze singlowe. Jednak w deblu nas rozbijały, nie było też dziewczyn, żeby dorzucić ten punkcik indywidualny. Wiedziałam, że muszę drużynę poprowadzić do jak najlepszego wyniku. Teraz był inny system. Spodziewałam się, że będzie ciężko, ale gdzieś nasze szanse widziałam. Wiedziałam, że Karolina Pęk jest gotowa, żeby urwać jakiś punkcik z Chinkami. W 2012 r. była jeszcze młoda, niedoświadczona, jeszcze tyle nie pokazała. Od Londynu do Rio zaczęła więcej trenować, rozwinęła się, więcej potrafi. Wiedziałam, że ona jest w stanie punkt zdobyć. Moją rolą było pomaganie jej w tym, utwierdzenie w przekonaniu, że może to zrobić. Brałam na siebie cały stres, maksymalnie starałam się odciążyć. To się udało.

NS: - Sukcesy można było obejrzeć w TVP1 i TVP Sport, a także na stronie internetowej sport.tvp.pl. Finał z Chinkami znalazł się wśród wydarzeń z największą oglądalnością.
NP: - Chciałoby się powiedzieć, że w końcu były transmisje. Dużo za późno, ale w końcu się udało. Kibice mogli to przeżywać, często na żywo. Do tej pory sportem paraolimpijskim interesowały się tylko osoby związane z nim bezpośrednio lub mające jakieś relacje z zawodnikami. Teraz zwykły kibic mógł włączyć telewizor i zobaczyć starty paraolimpijczyków. Nie spodziewałam się, że moje mecze będą transmitowane, nie wszystkie były. Bardzo się cieszę, że ludzie mogli obejrzeć i przeżywali to razem ze mną.

NS: - Ile wysiłku kosztuje zdobywanie medali?
NP: - Pewnie większość ludzi miało do czynienia z ping-pongiem. Każdy gdzieś tam grał, każdy kiedyś tam odbijał. Wielu osobom się wydaje, że to jest takie lekkie i przyjemne granie, a w czasie odbijania piłeczki nie można się zmęczyć. To wielki błąd, bo takie odbijanie amatorskie z odbijaniem na moim poziomie nie ma nic wspólnego. Tenis stołowy to jest naprawdę ogromny wysiłek. Ja żyję z uprawiania sportu, więc to jest moja praca. Codziennie ciężko pracuję, żeby utrzymywać formę i się rozwijać. Trenuję dwa razy dziennie, a jeśli tego nie robię, to najczęściej jestem w drodze na turniej lub na jakimś turnieju. Wiadomo, że trening to nie tylko odbijanie piłki. Dużo jest treningu fizycznego, taktycznego, a także drobnych rzeczy, które są bardzo ważne. Trzeba pracować na wielu frontach, żeby być gotowym do dobrego grania.

NS: - Zaczęła Pani grać jako siedmiolatka. Kiedy tenis stał się sposobem na życie?
NP: - Na pewno jako siedmiolatka nie myślałam, że może w przyszłości będę dobrze grać. Takie myśli pojawiły się później, kiedy zaczęłam trenować, uczyć się nowych rzeczy. Coś tam wygrałam, coś tam przegrałam, to mnie wciągnęło. Na pewno jadąc do Sydney [Letnie Igrzyska Paraolimpijskie w 2000 r. - przyp. red.] a więc na wielką imprezę, byłam nastawiona na grę. Ciągle jednak byłam małą dziewczynką [11 lat - przy. red]. W takim wieku różnie bywa, można z dnia na dzień stracić zapał. Na szczęście rodzice nade mną czuwali i pilnowali.

NS: - W ubiegłym roku statuetkę dla najlepszego sportowca niepełnosprawnego odebrał Bartosz Tyszkowski, wówczas stypendysta Funduszu Stypendialnego Natalii Partyki. Skąd pomysł na wspieranie młodych sportowców?
NP: - Sam pomysł powstania Funduszu narodził się 4 albo 5 lat temu. Wszystko zaczęło się od niemiłej sytuacji, bo w Gdańsku nie otrzymałam stypendium z miasta. Zrobiła się z tego wielka afera ogólnopolska. Z grupą bliskich osób zastanawiałam się, co zrobić. Od samego pomysłu do wprowadzenia go w życie minęły dwa lata. Tyle trwało zebranie ludzi, którzy zajęli się pozyskaniem sponsora, partnera, kogoś, kto sfinansuje przedsięwzięcie. Najważniejsze, że w końcu ruszyliśmy. W pierwszej edycji mieliśmy dwanaścioro stypendystów, w tym Bartka Tyszkowskiego, który zdobył medal na igrzyskach. Była też Maria Andrejczyk, której niewiele zabrakło do podium. Mieliśmy więc dobre typy. W drugiej edycji mamy dziesięcioro stypendystów. Bardzo mnie cieszy ta działalność, chciałabym ją kontynuować. Uczymy się, chcemy wypłynąć na większą skalę. Nie jest to tylko zależne ode mnie. Mam nadzieję, że to będzie kontynuowane z roku na rok i stypendyści osiągną sukcesy. To są fajni, młodzi ludzie. Nic tylko ich wspierać w karierze sportowej.

NS: - SKST Hodonín jest pierwszym zagranicznym klubem w Pani karierze. Jak można ocenić kilka miesięcy gry w Czechach?
NP: - Jestem zadowolona z transferu, dobrze się czuję w tej drużynie. Gram mecze europejskie, choć nie o najwyższe cele, bo gdzieś tam przegrywamy. Jednak ciągle mam kontakt z najlepszymi zawodniczkami na poziomie europejskim, nawet światowym. To kolejna okazja do zdobywania doświadczenia, więc naprawdę fajnie się to układa.

NS: - Myśli już Pani o starcie w Tokio?
NP: - Gdzieś tam myślę. To jeszcze prawie cztery lata, ale z doświadczenia wiem, że chwila moment i zaraz będą kolejne igrzyska. Nie myślę o tym cały czas, bo mam dużo grania obecnie. W lutym mam mecze ligowe i jeden start w turnieju World Tour. W marcu mistrzostwa Polski, chyba jeszcze jeden mecz ligowy oraz może jakiś start międzynarodowy. W maju najprawdopodobniej mistrzostwa świata. Świadomie odpuściłam trochę startów w turniejach międzynarodowych, ale mimo wszystko jestem cały czas w treningu, ciągle jeżdżę. Mam czym sobie zająć głowę pod względem tenisowym. Tokio jest gdzieś tam daleko w głowie, ale na pewno chciałabym powalczyć.

NS: - Wielu sportowców twierdzi, że obrona mistrzostwa jest trudniejsza niż jego zdobycie. Jak było w przypadku Pani złotych medali?
NP: - Podpisuję się pod tym. Zawsze łatwiej jest wygrać coś po raz pierwszy. Każdym kolejnym razem obrona staje się trudniejsza. Wiadomo, że kiedy się raz wygra, to później pojawiają się oczekiwania i trzeba sobie radzić z rolą faworyta. Obrona mistrzostwa nie jest łatwa, ale możliwa.

NS: - A co z marzeniem o medalu Letnich Igrzysk Olimpijskich?
NP: - To nie jest oryginalna odpowiedź, ale wszystkie osoby uprawiające sport o nim marzą. Jest to niezwykle ciężkie do zrealizowania. Zwłaszcza że dyscyplina, którą wybrałam, nie sprzyja zdobywaniu medali. Dominuje Azja, do rozdania są tylko trzy krążki. To jest gdzieś w sferze marzeń. Chciałabym, żeby to marzenie przestało być aktualne. To znaczyłoby, że ten medal zdobędę. Jeśli jednak go nie zdobędę, to będę o nim marzyc, dążyć do niego i pozostanie dla mnie motywacją do treningu.

NS: - Czego więc możemy Pani życzyć oprócz kolejnych medali?
NP: - Przede wszystkim zdrowia. Jeśli go nie zabraknie, to będę w stanie trenować i grać. Na resztę sobie spokojnie zapracuję.

Marcin Gazda

fot. A. Nurkiewicz, R. Schmidt, FB

Data publikacji: 13.02.2017 r.


Budowa portalu i digitalizacja wydań archiwalnych
zostały dofinansowane ze środków PFRON