Data dodania: 09.08.2017

Inspirująca przyjaźń

Przyjaźń nie potrzebuje szumu medialnego, a pomaganie poklasku. Doskonale wiedzą o tym bohaterowie „Filmu dla Stasia", którzy nie zabiegają o popularność. Historia z życia wzięta została udokumentowana, żeby inspirować.

Nie tylko o relacjach międzyludzkich, pracy na planie filmowym oraz pokonywaniu barier opowiadają Stanisław Kmiecik, artysta malujący stopami i jego żona Monika Woszczyńska-Kmiecik.

NS: - Jak rozpoczęła się znajomość ze Stasiem i jego rodzicami?
Monika Woszczyńska-Kmiecik: - Pielęgniarki z całej Polski przyjechały na swoje święto do sanktuarium w Łagiewnikach. To były uroczyste obchody z udziałem m.in. arcybiskupa Franciszka Macharskiego, władz województwa oraz władz związkowych. My mieliśmy tam wystawę prac męża i spotkanie. Podczas uroczystości jedna z pielęgniarek podeszła do nas. Powiedziała, że zna rodzinę z Warszawy, której urodziło się dziecko bez rąk. Odpowiedziałam, że chętnie się z nimi spotkamy, bo za 2, 3 tygodnie tam będziemy. Później okazało się, że rodzice Stasia już wiedzieli o moim mężu. Kiedy byliśmy w Otrębusach, to zadzwonili do nas. Bardzo czekaliśmy na spotkanie. Nie wiedzieliśmy, czy to jest chłopczyk, czy dziewczynka, czy małe, czy duże dziecko. Przyjechali z niespełna dziewięciomiesięcznym bobasem. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że też jest to Staś.

NS: - Jak Pan wspomina pierwsze spotkanie ze Stasiem i jego rodzicami?
Stanisław Kmiecik: - Dużo dzieci rodzi się bez rączek, ale Miśka [Monika Woszczyńska-Kmiecik - przyp. red.] powiedziała, że to jest bardzo ważne dla nich, żebym zachowywał się elegancko. To zachowałem się elegancko, ale od razu zaproponowałem whisky z colą, bo trzeba tych ludzi rozluźnić, żeby porozmawiać. Miałem też swoją magiczną walizeczkę z kredkami. Od razu mały zaczął się bawić ze mną, na ile mógł, to rysował. Był mną bardziej zainteresowany niż rodzicami. Oni nie myśleli, że tak wyjdzie, że mały wejdzie ze mną w takie relacje. Byli zszokowani, zdziwieni, że ze Stanleykiem się dogaduję.

MW-K: - Rodzice Stasia mówili, że kiedy mu coś podawali stopami do nóżek, to on płakał, bił ich po tych stopach, był zdenerwowany. Kiedy mój mąż poznał mojego Stasia, wszedł z nim w interakcję, zaczął się z nim bawić. Taka fascynacja jednego drugim trwa do dzisiaj. Mąż może się upierać, ale myślę, że kontakt z małym dzieckiem jest dla niego powrotem do przeszłości. Ma szansę w osobie małego Stasia zobaczyć siebie sprzed wielu lat. On też zrobił się bardziej łagodny, choć złości się, kiedy to mówię. Bardzo leży mu na sercu, co się ze Stasiem dzieje.

SK: - To jest niemożliwe, żebym zobaczył siebie. Mały jest z zupełnie innego środowiska niż ja. Wtedy była głupia komuna, tragiczna dla mnie. Nie mogłem siedzieć i pisać tak jak inne dzieci, tylko musiałem stać z protezami. Nie mogłem pisać nogą, bo taki przepis nie istniał. Nawet kiedy zdawałem maturę, to ile trzeba było się naprosić kuratorium, żebym mógł pisać nogą. No, ale siedziałem na stole i pisałem. Całą szkołę średnią na ucho, nie mogłem pisać, chociaż to było liceum przysanatoryjne.

NS: - Co Pan sądzi o używaniu protez obecnie, np. przez Stasia?
SK: - Stasiowi nie są potrzebne protezy. Ja je dostałem, bo należało się oprotezowanie. Kiedy korzystałem z nich, to nie miałem żadnej taryfy ulgowej w szkole. Nie mogłem pisać nogą, tylko ciężką protezą. To nie było dobre dla młodego kręgosłupa, musiałem nosić ciężką torbę z książkami półtora kilometra w jedną stronę. Durny system. Nawet w 1996 r. czy 1997 r., kiedy byłem już po ślubie, dalej należało mi się oprotezowanie. Pojechałem do Poznania powiedzieć, że dziękuję, niech dadzą komuś innemu. Musiałem podpisać kwit. Jeszcze pani w okienku zapytała czy jestem pewny decyzji, bo teraz są szwedzkie protezy. Mogą być szwedzkie, amerykańskie, kosmiczne, ale to nie jest to. Mam kolegę, który miał dwie protezy i jest zdegustowany. Bartosz Ostałowski, czyli znany driver, też myślał, że mu pomogą w życiu. Protezy nie są takie jak w reklamach. Niby łatwe w obsłudze, lekkie, a to bujda jest i dużo pieniędzy kosztuje. Skoro można coś robić nogami, kikutami czy ustami, to po co niszczyć kręgosłup.

MW-K: - Od kiedy jesteśmy razem, czyli od dziesięciu lat, śledzę losy różnych ludzi, którzy nie mają rąk. Dzięki temu, że Staś jest w VDMFK [Światowy Związek Artystów Malujących Ustami i Stopami w Liechtensteinie - przyp. red.], to mamy do czynienia z osobami z różnych państw. To są wózkowicze, ludzie, którzy nie mogą korzystać z rąk lub ich nie mają od urodzenia. Na zjeździe, który był w kwietniu w Barcelonie, nie widziałam, żeby ktokolwiek z tej grupy korzystał z protez. Osoby bez rąk nie potrzebują ich, potrzebują jedynie możliwości radzenia sobie w życiu i rehabilitacji. Inna sprawa to koszty. Ula [mama Stasia - przyp. red.] mówiła, że jeździli do Niemiec do fabryki, gdzie produkują protezy. Dziecko rośnie, więc protezy trzeba zmieniać co dwa lata, akumulator co roku. Koszty wyniosłyby ok. 2 mln zł do okresu pełnoletności Stasia. Protezy ograniczają dziecko, narzucają takie stereotypowe myślenie „jestem kaleką". Trzeba zrobić wszystko, żeby człowiek miał otwartą głowę i wiedział, że może dużo osiągnąć. Naprawdę można robić wiele, a sztuką jest umieć znaleźć na to sposób. Mój Staś sam zamknie dom, choć zamek jest wysoko. Bardzo lubi pracować w ogródku. Wszystko tam robi sam, np. przycina nożycami, podlewa, nawóz kładzie. Ja mu się do kwiatków nie wtrącam.

NS: - „Film dla Stasia" został poprzedzony reportażami. Jaki miał Pan na nie wpływ?
SK: - Byłem bardzo oporny, mnie nie jest potrzebna popularność. Żona powiedziała, że muszę się za to zabrać, bo tu chodzi o małego i innych też. Trochę się spieraliśmy, głównie o drobiazgi. Np. o uśmiech, a ja nie jestem taki od uśmiechania się od razu. Musiałem dorzucić swoje elementy. Np. samochód, żeby pokazać, że prowadzę. Chyba już wtedy było wiadomo, że jeden program to będzie za mało i skończy się na czymś większym. Powiedziałem, że nikogo nie wpuszczę do mojej pracowni, to takie moje sanktuarium, czarodziejskie miejsce. Ostatecznie zgodziłem się, były jakieś targi z moją żoną. Przed realizacją filmu powiedziałem Monice [Meleń, reżyserce „Filmu dla Stasia" – przyp. red.], że musimy zrobić coś ekstra. Strzelanie, samochody, pociąg to są chyba dopalacze w tym dokumencie. Gdybyśmy tylko chodzili tam i z powrotem ze Stanleykiem, to nie byłoby nudne, tylko okropnie nudne. A to musi być ogień.

NS: - Jednak nie wszystkie pomysły zostały zrealizowane.
SK: - Stanleyek był na etapie fascynacji strażą pożarną. Kiedy ją rysował, to robił „i-jo-i-jo". Wpadłem na genialny pomysł, żeby to wykorzystać w filmie. Są komisy z takimi samochodami, można było pożyczyć taki wóz. Wyobraziłem sobie, że Stanleyek idzie z ojcem, a ja podjeżdżam migającym wozem bojowym. On wsiada i jedziemy razem. To będzie pomysł na kawałek następnej naszej opowieści. W filmie nie ma sceny ze spawaniem rowerka. Zrobiłem kurs na YouTube, ale pomysł przepadł. Scena nie miałaby sensu, bo Stanleyek nie zainteresował się rowerkiem. Mnie też ojciec chciał kiedyś rower zbudować. W filmie jest mało strzelania, a to taka fajna przygoda była.

NS: - Jakie znaczenie dla Pana mają spotkania ze Stasiem?
SK: - Młody strasznie szaleje, jak mnie widzi. Wydurnia się, gryzie mnie, ciska się po mnie. Kiedy już się nacieszy, to chce rysować. Jak mu przejdzie rysowanie, to jeździmy, a później znów rysowanie. Za każdym razem, kiedy widzę go w jakiejś innej sytuacji, to myślę jak to ogarnąć, żeby mu pomóc. Obiecałem mu, zanim powstały reportaże i film. Zauważam, że sam sobie wymyśla różne koncepcje, żeby barierę przeskoczyć. Ostatnio było kilka takich sytuacji, ale to bardzo inteligentny gościu.

MW-K: - Już sama obecność mojego Stasia sprawia, że mały Staś ładuje akumulatory, czuje się mocniejszy. W filmie zachwyca mnie scena w pociągu. Mały mówi w niej, że tylko oni mogą, tylko oni potrafią. Znajomość ze Stasiem obudziła w młodym poczucie własnej wartości. Kiedyś zastanawialiśmy się, czy film nam był potrzebny. Cieszę się, że został nagrodzony, ale to jest praca Moniki i jej duży sukces. Nie mamy parcia na szkło, nie jesteśmy takimi osobami, że trzeba nam składać hołdy. Staś zrażony różnymi postawami dziennikarskimi niechętnie wpuszcza kogoś do siebie. Łatwiej jest pomagać drugiemu człowiekowi czy przyjaźnić się w ciszy, a nie przy szumie medialnym. Fajnie, że dużo się mówi o tym, bo to stanowi wzór dla innych. Jednak do rozwiązywania sytuacji najważniejszy jest spokój. Ula i Szymon są bardzo sympatyczni, ale bardzo spokojni, zamknięci w sobie. Cieszę się, że otworzyli się, zaczęli inaczej postrzegać wszystko. Chciałabym, żeby film pokazał, że każdy z nas jest jakiś. Każdy z nas ma gorsze i lepsze dni, bez względu czy jest zdrowy, czy chory. Każdy chce żyć po swojemu, pełnią życia. Chciałbym doczekać takiej chwili, żeby ludzie nie bali się niepełnosprawnych. Robimy to dla samych siebie, a nie dla poklasku.

Zobacz galerię...

Marcin Gazda

fot. autor, „Film dla Stasia"

Data publikacji: 09.08.2017 r.


Budowa portalu i digitalizacja wydań archiwalnych
zostały dofinansowane ze środków PFRON