Data dodania: 06.10.2017

Mam awersję do słowa „inwalida"

Kaleka, chromy, ułomny, kulawy, upośledzony, chory, zdeformowany i tak dalej. To synonimy słowa „inwalida", które nadal pojawia się w materiałach telewizyjnych, prasowych i radiowych.

Czytając relację z wydarzenia zorganizowanego w miejscu niedostępnym dla osób z dysfunkcją ruchu natrafiamy na zdanie: „Niepełnosprawni na wózkach nie mogli wejść..." zamiast „Osoby z niepełnosprawnością ruchową nie mogły wejść", zaś z rozmowy ze znajomymi dowiadujemy się, że „audiodeskrypcja jest dla ślepych".

Wyjść poza schemat

Niepełnosprawność to cierpienie, zależność od bliskich i otoczenia, bezradność, zmarnowane życie, kara za grzechy. Często w mniemaniu innych oznacza też niemożność ukończenia studiów, podjęcia pracy, założenia rodziny. Człowiek z niepełnosprawnością to biedna, nieszczęśliwa istota, której trzeba we wszystkim pomagać. Zawiążę mu sznurówki, bo robi to prawie godzinę, a ja nie mogę tyle czekać, śpieszy mi się. Ugotuję jej obiad, bo jeszcze zrobi sobie krzywdę w kuchni. Załatwię za niego formalności w urzędzie, bo mówi niewyraźnie i nikt go nie zrozumie. Nie pytając, czy potrzebuje pomocy zapakuję ją do tramwaju, bo jak jeździ na wózku, to sama nie da sobie rady.

Takie właśnie postępowanie wobec osób z niepełnosprawnością spycha je w nurt społecznego nieistnienia. Dlaczego? Nikt nie stanie się samodzielny, gdy odbiera mu się do tego prawo. A jeśli nie będzie samodzielny, nie ma szans na aktywność edukacyjną, zawodową i społeczną. Jest więc wykluczony z życia.

Społeczne postrzeganie osób z niepełnosprawnością przekłada się na stopień ich zaangażowania w różnych sferach z prostego powodu – im bardziej uważamy je jako niezaradne i niezdolne do samodzielnej egzystencji, tym bardziej ograniczamy im możliwości sprawdzenia się w tych właśnie aspektach życia. Media kreują wizerunek osób z niepełnosprawnością ukazując je albo jako skrajnie ubogie, roszczeniowe i ciągle o coś walczące, albo jako „superbohaterskie", zdolne do podejmowania największych wyzwań. A przecież człowiek z niepełnosprawnością nie różni się niczym od pełnosprawnego. Posiada tylko pewne ograniczenia, z powodu których potrzebuje wsparcia osób trzecich. Któż nie posiada ograniczeń i nie potrzebuje pomocy? Kto jest przez całe życie w stu procentach niezależny i bez najmniejszych przeszkód radzi sobie ze wszystkim?

„Sprawny inaczej"

Mam awersję do słowa „inwalida". Dorastałam w latach osiemdziesiątych, kiedy w odniesieniu do osób z niepełnosprawnością używano tylko tego rzeczownika, więc nie powinnam się buntować. Do dziś zresztą funkcjonują organizacje pozarządowe, które wówczas były tworzone i w swojej nazwie mają to właśnie określenie. Niemniej jednak uważam, że jest ono przestarzałe, a co najistotniejsze – dyskredytuje osoby z niepełnosprawnością i sprawia, iż niepełnosprawność utożsamiana jest wyłącznie z ograniczeniami w poruszaniu się.
Równie nietrafne jest sformułowanie „sprawny inaczej". „Inaczej", czyli jak? W odmienny od innych sposób? Domyślam się, że pomysłodawcy tego określenia chodziło o zwrócenie uwagi na fakt, że człowiek z niepełnosprawnością może być w pełni aktywny na wielu płaszczyznach, ale dla mnie ma ono negatywny wydźwięk. Mnożące się jak grzyby po deszczu pejoratywne wyrażenia powodują, że ludzie z niepełnosprawnością nie są traktowani normalnie, lecz z rezerwą, dezaprobatą, a niekiedy wręcz obojętnością.

Czuję się jak mitologiczny Syzyf, gdy po raz kolejny muszę tłumaczyć, że nie jestem „ślepa" tylko gorzej widzę, nie „cierpię na chorobę serca", ale z nią żyję. Że te ograniczenia nie przeszkadzają mi w pełnieniu ról zawodowych i społecznych. Że drobna postura nie oznacza braku sił i mogę pomagać osobie na wózku, czyli być jej asystentem. Czasem mam ich mniej, nie przeczę. Kiedy idę na konferencję prasową, a organizator, wiedząc że jestem krótkowidzem, z nonszalancją wskazuje mi miejsce na końcu sali, znacznie oddalone od rzutnika z wyświetlanym tekstem i lekceważy moją prośbę, bym mogła usiąść bliżej, albo jak moi znajomi z niepełnosprawnością ruchową rok w rok proszą o zmianę miejsca wydarzenia, gdyż są bariery architektoniczne, a przychodzi kolejna jego edycja i po raz wtóry tkwią bezradnie przed schodami, w pierwszej chwili całą energię szlag trafia i nie chce się znów pchać tego kamienia pod górę. Na szczęście zwycięża głęboka potrzeba oraz sens edukowania społeczeństwa na temat ograniczeń wynikających z niepełnosprawności. Tym bardziej, kiedy się widzi, ile jest jeszcze do zrobienia.

Uprzedzenia i stereotypy

Uczestnicząc w konferencji dedykowanej problematyce rehabilitacji społecznej osób z niepełnosprawnościami usłyszałam jak jeden z prelegentów opowiadał o krążącym w jakiejś społeczności stwierdzeniu, że osoba poruszająca się na wózku może być „bagażowym". Co jej szkodzi trzymać ciężkie torby na kolanach, skoro siedzi? Współtowarzyszom wygodniej, bo nie muszą dźwigać. Gdzie tu miejsce na szacunek do tej osoby? W jak dużym stopniu deprecjonuje to jej wartość, nie muszę chyba nikogo przekonywać.

Sposób, w jaki odnosimy się do osób z niepełnosprawnościami i w jaki mówimy o nich publicznie ma wpływ na kształtowanie ich wizerunku. Ktoś, kto nie zna tego środowiska, może pomyśleć, że człowiek z niepełnosprawnością ruchową rzeczywiście jest przydatny jako „bagażowy" i tylko w tej roli się sprawdza, a „Muminek" (takiego dyskredytującego określenia używa się niekiedy w odniesieniu do osób z niepełnosprawnością intelektualną) nigdy nie podejmie pracy i zawsze będzie od kogoś zależny. Jeszcze gorzej, gdy nawzajem przekazujemy sobie, dajmy na to, historię osoby z zaburzeniami psychicznymi, którą pracodawca zwolnił z powodu niekontrolowanych wybuchów agresji albo opowieść o kobiecie, co dostała w tramwaju ataku padaczki. Wtedy w głowie słuchacza (niezależnie, który to słuchacz z kolei) pojawia się myśl: Chorzy psychicznie są niebezpieczni dla otoczenia! albo: Jezu, jacy ci niepełnosprawni są problematyczni! Normalnie strach się bać. A jeśli, nie daj Boże, będzie świadkiem takiego ataku epileptycznego, ucieknie spychając obowiązek pomocy na innych, bo przecież nie ma pewności, że jemu samemu podczas udzielania tej pomocy nic złego się nie przytrafi.

Terminologia a Konwencja ONZ

Summa summarum chodzi o to, aby jak najwięcej osób chciało przyczynić się do budowania społecznej wrażliwości eliminując ze swojego języka dyskredytujące osoby z niepełnosprawnością słowa jak „inwalida" czy „kaleka". Fundacja „Kulawa Warszawa" w tym celu zamieściła 3 września b.r. na swojej stronie internetowej (www.kulawawarszawa.pl) list otwarty do mediów – „w odpowiedzi na wykluczający, stygmatyzujący i uprzedmiotawiający kontekst, w jakim często mówi się w mediach o osobach z niepełnosprawnością". W treści listu znajduje się m.in. wyjaśnienie, dlaczego mówimy „osoba z niepełnosprawnością", a nie „osoba niepełnosprawna". Idzie o zwrócenie uwagi w pierwszej kolejności na człowieka, w drugiej – na jego niepełnosprawność jako cechę. Niepełnosprawność winna być postrzegana jako cecha jak np. jasne włosy czy szczupła sylwetka, a nie jako fakt, który konkretyzuje uwagę innych na ograniczeniach zamiast na człowieku. Z tego właśnie powodu zmieniono nazwę Konwencji ONZ o prawach osób niepełnosprawnych na Konwencję ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. To dokument, w którym zostały przedstawione prawa osób z niepełnosprawnością, m.in. prawo do pracy i niezależnego życia. Niestety, prawa te, mimo wdrażania działań o charakterze informacyjnym, wciąż nie są w należyty sposób respektowane, bądź nie przestrzega się ich wcale.

Karolina Kasprzak

Data publikacji: 06.10.2017 r.


Projekt pn. Opracowywanie i wydawanie czasopisma i portalu „Nowe Nasze Sprawy” – Magazyn Informacyjny Osób Niepełnosprawnych, realizowany w okresie 01.04.2017 r.-31.12.2017 r. jest współfinansowany ze środków PFRON.