Data dodania: 28.11.2016

Z niepełnoprawnością do interwencji kryzysowej

Niepełnosprawność nie wyklucza pomagania w trudnych sytuacjach. Również tych związanych z chorobą, ze śmiercią bliskiej osoby czy z doświadczaniem przemocy fizycznej lub psychicznej. Wiedzą o tym osoby, które skorzystały z wsparcia Ośrodka Interwencji Kryzysowej i Poradnictwa w Myślenicach.

Wyobraź sobie, że jednym z niewielu lekarstw na twoje problemy będzie wizyta w ośrodku interwencji kryzysowej. Na spotkanie możesz wejść prosto z ulicy. Liczysz na zrozumienie, wsparcie, a niekiedy też życiowy drogowskaz. Zapewne czujesz zdenerwowanie przed opowiedzeniem swojej historii. Szybko dowiadujesz się, że sprawa trafi do niewidomego interwenta kryzysowego. Twoja reakcja? Być może taka, jak wielu osób przy ul. Kazimierza Wielkiego 5 w Myślenicach. Na ich twarzach często pojawia się konsternacja, czasem niezadowolenie.

- Nasi klienci wchodzą do gabinetu, Daniel [Zawodnik - przy. red.] zaczyna z nimi pracować. Po 45 minutach czy po godzinie wychodzą i mówią do niego: „Kiedy spotkamy się następnym razem?", „Dobrze, że mnie pan nie widzi, bo płaczę" lub „Serdecznie dziękuję". Nie słyszałam, żeby w innych ośrodkach była zatrudniona osoba niewidoma. Ja się tego nie boję - mówi Sylwia Michalec-Jękot, dyrektor Ośrodka Interwencji Kryzysowej i Poradnictwa w Myślenicach.

Dramat zmienia życie
W 2002 r. Sylwia Michalec-Jękot uległa wypadkowi komunikacyjnemu. Odniosła wiele ciężkich urazów, w tym kręgosłupa. Lekarze dawali 31-latce zaledwie 2 proc. szans na przeżycie. Kiedy otrzymywała już mniejsze dawki leków przeciwbólowych, zaczęła ambitnie myśleć o przyszłości. Postanowiła stworzyć miejsce pomocy dla zwykłych ludzi, którzy nagle dowiadują się o trudnych sytuacjach.

- Od swojej rodziny usłyszałam historię, jak to wyglądało w moim przypadku. Wiadomość o wypadku dotarła w środku nocy. Wracałam z pracy z delegacji, mąż był sam w domu. Kiedy zbliżał się do szpitala, to otrzymywał coraz trudniejsze informacje - mówi Sylwia Michalec-Jękot. Dodaje, że przełomowym momentem dla realizacji pomysłu była rozmowa z dyrektorem Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Myślenicach.

Ośrodek działa od 2005 r. Początkowo jego założycielka pracowała sama. Pierwszą jej klientką okazała się alkoholiczka, która miała dzieci w rodzinie zastępczej. Stopniowo pojawiły się kolejne sprawy, związane m.in. z samobójstwami. Z czasem powstał zespół interwentów kryzysowych, również z osobami z niepełnosprawnościami. - Jeśli ktoś dobrze poukłada swoją niepełnosprawność, to paradoksalnie ma szansę wnieść wartość dodaną. Ta osoba swoim życiem mówi, wręcz krzyczy: „Żyję z ograniczeniami, ty możesz żyć ze swoją historią i pokonywać bariery"- tłumaczy Sylwia Michalec-Jękot.

Na początku swojej nowej drogi zawodowej miała przyjemność współpracować z nieżyjącą już Danutą. Poruszała się ona na wózku, była przywożona przez swoją mamę do ośrodka, gdzie udzielała wsparcia jako psycholog. Pomagał również Grzegorz po porażeniu mózgowym. Studiował na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie, z czasem postawił na jeden z zakonów. - Mamy Daniela, który swoim życiem pokazuje, że każdą sytuację graniczną można oswoić i w niej funkcjonować. On pewnie odpowiedziałby: „Ja przecież nie widzę od dziecka. Nie wiem, co to znaczy widzieć" - opisuje Sylwia Michalec-Jękot.

Strażacy umysłu
Pracować szybko i skutecznie, żeby klienci powrócili do społeczeństwa - to cel interwentów kryzysowych z myślenickiego ośrodka. Zgłaszają się do nich m.in. ofiary przemocy. Również osoby potrzebujące tylko rozmowy i przebywania z kimś. Nie brakuje rodzin, które nie wiedzą, jak postępować z bliskimi chorującymi psychicznie. Ośrodek nie ma specjalistów z psychiatrii, ale wykorzystuje diagnozy wykonywane przez lekarza. Część spraw dotyczy osób, które nie radzą sobie ze swoją niepełnosprawnością.

- Często klienci otwierają się ze względu na to, że nie widzę. Kiedyś zgłosił się mężczyzna tracący wzrok. W tym przypadku moje niewidzenie było nieocenione, bo okazało się, że ja to rozumiem. Praca mnie dowartościowuje, nie jestem zamknięty w grupie osób niewidomych. To nie jest powszechne, że ktoś taki jak ja wchodzi w środowisko osób sprawnych i usiłuje im pomóc - opisuje Daniel Zawodnik.

Do tego miejsca trafił w ramach projektu „Staż w administracji publicznej drogą do zatrudnienia na otwartym rynku pracy" realizowanego przez Fundację Instytut Rozwoju Regionalnego (http://naszesprawy.eu/praca/10810-od-stazu-do-zatrudnienia.html). Do pracy dojeżdża z południowej części Krakowa. Z ostatnich tygodni zapamiętał klientkę, która podziękowała mu po kilku spotkaniach. Uznała, że uzyskała już wystarczającą pomoc. Inna kobieta, z guzem mózgu, przyszła porozmawiać o obawach przed rozpoczęciem leczenia. Wyszła zdecydowanie silniejsza psychicznie.

- Zawod interwenta kryzysowego przypomina służby mundurowe. Mamy być na zawołanie jak strażacy, ale jesteśmy strażakami umysłu. Nigdy nie będziemy tak bohaterscy, że wejdziemy po drabinie do płonącego domu. Jednak musimy się zanurzyć w problemie osób przychodzących ośrodka. Trzeba siedzieć i rozmawiać z klientem, ale nie da się robić tego byle jak - mówi Daniel Zawodnik.

ŚDM na szóstkę
W ostatnim tygodniu lipca br. ośrodek zrealizował projekt „Telefoniczna Interwencja Kryzysowa w ramach Światowych Dni Młodzieży". - Znaleźliśmy się w aplikacji „Pielgrzym", mieliśmy centralę telefoniczną przekierowującą na prywatne numery naszego zespołu, a przede wszystkim działaliśmy przez 24 godziny na dobę. Inicjatywa zakończyła się sukcesem, nie tylko ze względu udzieloną pomoc. Zebrała się grupa ok. 20 osób, w tym aż 6 niepełnosprawnych. Do wolontariuszy dołączyła Beata, która przyszła do nas z ulicy. Ona nie słyszy, ale była gotowa posługiwać się językiem migowym przez kamerę internetową - mówi Daniel Zawodnik.

Do udziału w projekcie nakłonił też swoich znajomych niewidomych i niedowidzących, którzy dobrze mówią po niemiecku, francusku i rosyjsku. W tym gronie znalazł się Jakub Stefańczyk. Wówczas miał przerwę w zajęciach na Uniwersytecie Jagiellońskim (studia doktoranckie z zakresu historii). Ponadto czekał na decyzję dotyczącą zatrudnienia w charakterze nauczyciela w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. Obawiał się, czy sobie poradzi w roli wolontariusza w ośrodku. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy zadzwoni ktoś mający myśli samobójcze. Tego typu zgłoszeń nie było, a uczestnicy projektu zostali odpowiednio przygotowani. - Podczas szkolenia usłyszeliśmy, że jesteśmy interwentami kryzysowymi codziennie. Kiedy przychodzi przyjaciel i mówi, że ma problem z żoną, teściową czy pieniędzmi, to opisuje swój kryzys. Należało więc wszystko przełożyć na rozmowę z osobą dzwoniącą do ośrodka - opowiada nauczyciel historii.

Ze swoich dwóch dwunastogodzinnych dyżurów zapamiętał m.in. telefon od Straży Miejskiej z Krakowa. Rozmówca poinformował o znalezieniu zagubionego dziecka i nie wiedział, co z nim zrobić. Część kontaktów dotyczyła wskazania drogi na uroczystości w Brzegach. Zadzwonił też Hiszpan, któremu skończyły się leki. Potrzebował recepty na kolejne dawki, ale w hotelu nikt nie potrafił porozumiewać się po hiszpańsku. - Akurat na tym dyżurze mieliśmy jedną dziewczynę, która znała ten język. Można mówić, że to przypadek, ale ja tak nie twierdzę. Pan Bóg działał z nami - opisuje Jakub Stefańczyk, który do Myślenic dojeżdżał z Krakowa. Przyznaje, że często może liczyć na wsparcie innych osób. Na przystankach komunikacji miejskiej, w pokoju nauczycielskim czy sali lekcyjnej. Wolontariat był odwróceniem sytuacji, co miło wspomina. Mimo swoich ograniczeń mógł pomagać i czuł się potrzebny.

O interwencji w Sejmie
21 września w Sejmie odbyła się konferencja „Rola, znaczenie i perspektywy rozwoju interwencji kryzysowej w przestrzeni społecznej". Jej współorganizatorem był myślenicki ośrodek. - Wtedy też zwieńczenie miał projekt związany ze Światowymi Dniami Młodzieży. Pani dyrektor przedstawiła nasze działania, w tym m.in. slajd z nazwiskami wolontariuszy. Cieszę się, że doszło do tego wydarzenia, w którym wzięli udział m.in. minister Elżbieta Rafalska oraz sekretarz stanu Stanisław Szwed - informuje Daniel Zawodnik.

Sylwia Michalec-Jękot marzy o ośrodku funkcjonującym przez 24 godziny na dobę. Światowe Dni Młodzieży pokazały, że można zorganizować pracę w takim wymiarze. Na razie tylko telefony alarmowe są odbierane o każdej porze dnia i nocy. - Ostatnio złożyliśmy wniosek do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego o dofinansowanie naszych działań. Chcę, żeby to miejsce było otwarte na wszystkich, również pracowników niepełnosprawnych. Oni tutaj są pełnosprawni w pracy. Zapominam, że Daniel nie widzi, traktuję go normalnie - mówi dyrektor Ośrodka. Złożone dokumenty zawierają deklarację zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami: na pewno głuchoniemej, niewidzącej i z dysfunkcją ruchu.

Tekst i fot. Marcin Gazda
Data publikacji: 28.11.2016 r.


Budowa portalu i digitalizacja wydań archiwalnych
zostały dofinansowane ze środków PFRON