Nie liczą na współczucie czy uznanie. Nie widzą też nic nadzwyczajnego w tym, że swoje życie podporządkowali najbliższym. To opiekunowie niepełnosprawnych rodziców, żon, dzieci, którymi zajmują się każdego dnia. Od rana do wieczora. Myją, karmią, przebierają.
Ewa: mogłabym na tej mojej emeryturze wreszcie coś mieć z tego życia…
Już nie pamięta, kiedy po raz ostatni miała czas dla siebie. Ot tak, żeby tylko położyć się z książką albo obejrzeć jakiś serial. Janek i opieka nad nim zajmuje jej praktycznie cały dzień. Wieczorem jest już tak wyczerpana, że na nic nie ma siły. Nawet nie wie, kiedy usypia. Wystarczy, że przyłoży głowę do poduszki.
To był drugi udar męża. Po pierwszym, kilka lat temu, nie było żadnych powikłań. Miał szczęście. Tym razem było o wiele gorzej.
– To stało się na przystanku – opowiada 62-letnia mieszkanka Zamościa. – Nie wiem, ile czasu spędził tam na ławce, aż wreszcie ktoś wezwał pogotowie. Nie było z nim już kontaktu. Nie mógł nawet poruszyć ręką.
Lekarka nie miała dla Ewy dobrych wieści. Była szczera do bólu. Niczego nie ukrywała. I nie pozostawiła złudzeń.
– Wskazała jakieś plamy na zdjęciu jego mózgu i powiedziała, że raczej są to nieodwracalne zmiany – mówi Ewa. – Według niej, mąż będzie zdany na wózek inwalidzki.
Tak się stało. Lekarka niestety miała rację. Mąż Ewy nie chodzi, porusza jedną ręką i ma wciąż problemy z utrzymaniem prosto głowy. Są dni, kiedy trudno się z nim porozumieć. Denerwuje się wtedy, złości.
– Na początku buntowałam się – przyznaje nasza rozmówczyni. – Jak go po dziesięciu dniach chcieli wypisać do domu, to zrobiłam awanturę. Zażądałam rehabilitanta, psychologa, nie wyobrażałem sobie, jak to będzie w domu. Sądziłam, że go w szpitalu postawią na nogi, a tu wieczorem przywieźli go na noszach i życzyli zdrowia.
Nie ma już żalu do lekarzy, szpitala. Przeszło jej. Ma żal do męża. Bo jest przekonana, że to wszystko przez te lata jego picia.
– Przed ślubem lubił sobie od czasu do czasu wypić, ale nie sądziłam, że po latach może się to stać problemem – przyznaje Ewa. – Raz, potem drugi nakryłam go, jak chowa wódkę w komórce i już wtedy wiedziałam, że jest alkoholikiem. Nie upijał się, nie awanturował, ale był uzależniony. I tak marnował sobie zdrowie latami.
Przestał pić jakieś trzy lata temu. Nie, nie z rozsądku. Nie na mitingu AA. To był strach. Złapała go „delirka”.
– Tak się wystraszył, że od tego czasu przestał pić – mówi Ewa. – Kilka razy kupił sobie jedynie piwo bezalkoholowe. A za jakiś czas miał udar. Wyszedł z niego praktycznie bez szwanku. Lekarz mu jednak powiedział, że jak ma wrócić do picia, to lepiej, żeby już teraz pożegnał się z bliskimi, bo ma tak wyniszczony organizm. I podziałało. Nie pił, ale zdrowia mu to nie wróciło.
Po tym drugim udarze od razu załatwiła rehabilitanta. Mieszka kilka domów dalej. To on dał jej nadzieję, że mąż z tego wyjdzie. Na początku przychodził trzy razy w tygodniu. Co z tego, skoro chory nie chciał współpracować.
– Na początku mąż żalił się, że go wszystko boli – mówi Ewa. – Dostawał leki przeciwbólowe, ale „siadła mu” psychika. Chyba dotarło do niego, że sam jest sobie winien.
Od rana ma przy nim pełne ręce roboty. Próbował samodzielnie jeść łyżką, ale teraz rękę ma tak sztywną, że musi go karmić. Myje go, przewija. Najgorzej z ubikacją. Nie ma siły go podnieść, żeby posadzić na sedesie. Chyba, że akurat któreś z dzieci jest w pobliżu.
– Na początku się krępował, teraz jest mu raczej już wszystko jedno – mówi Ewa. – Coraz rzadziej się też buntuje, złości. Kiedyś jak mnie doprowadził prawie do szału tym swoim uporem, to mu wygarnęłam, że ma to, na co zasłużył. Tym chlaniem. I że mnie teraz obarczył tym swoim wózkiem. Ale za jakiś czas mi przeszło. No bo co mi pozostało? Na szczęście pomaga mi córka z zięciem, bo mieszamy razem. Syn mieszka niedaleko, to też często wpadnie. Ale moje życie jest od dłuższego już czasu podporządkowane opiece nad Jankiem. Mam czasami żal, że mogłabym na tej mojej emeryturze wreszcie coś mieć z tego życia, odpocząć, gdzieś pojechać. Tak mi się jednak to życie ułożyło, że dopóki będę miała siły, to będę się nim opiekować.
Maciek: dopóki mama chodzi, porusza się, to jakoś sobie radzę
Ewa jest jedną z wielu, których życie podporządkowane jest opiece nad najbliższą osobą. W kraju to tysiące, dla których codzienne życie zmieniło się również wraz z chorobą chociażby rodziców. Nie oczekują oklasków, uznania. Uważają, że opiekowanie się najbliższą osobą to jest normalne. Przewijają, myją, karmią. Nie chcą ich oddać do zakładu. Nawet wtedy, kiedy mama zapomina ich imiona i prawie codziennie pyta, jaki to dzień. Tak jak w przypadku mamy Maćka z Lublina.
Maciek praktycznie jest przez cały czas przy swojej 87-letniej mamie. Boi się spuścić ją z oka. Dwa miesiące temu upadła, kiedy szła do toalety. Złamanie biodra w jej wieku często oznacza, że takie osoby mogą już nigdy nie chodzić. Operacja niesie ze sobą ogromne ryzyko.
– Dla mnie to byłaby już wtedy katastrofa – mówi Maciek – bo dopóki mama chodzi, porusza się, to jakoś sobie radzę. Zaprowadzę do toalety, na balkon, ma jakiś ruch. A leżąca? To już wegetacja.
Problemy z mamą zaczęły się jakieś cztery lata temu. Do Maćka zadzwoniła sąsiadka. Dużo młodsza od jego mamy. Spotkała ją pod sklepem. Mama Maćka wyglądała na zupełnie zagubioną. Bezradna jak dziecko rozglądała się wokół. W ręce trzymała siatkę z zakupami. I nie wiedziała, dokąd ma iść.
– Sąsiadka zabrała ją do siebie i od razu dała mi znać – opowiada 52-latek. – Kiedy przyjechałem, mama obróciła wszystko w żart, że niby się nie zgubiła, a potem, że tylko na chwilę.
Podobna sytuacja zdarzyła się kilka dni później. Tym razem po wyjściu z kościoła po niedzielnej mszy poszła w odwrotną stronę niż do domu.
– Wcześniej zdarzało się, że mama zapominała wyłączyć kuchenkę, na której gotowała się zupa, źle odłożyć słuchawkę telefonu czy pytać kilka razy o to samo, ale wydawało mi się, że w tym wieku to normalne – wyjaśnia nasz rozmówca. – Tym razem jednak było inaczej. Widziałem, że coś złego się z nią dzieje.
Za jakiś czas zauważył, że mamie zdarza się zapomnieć nawet jego imienia. Nie rozumiała podstawowych poleceń i coraz częściej sprawiała wrażenie, że zupełnie nie rozumie, co się do niej mówi.
Lekarz, do którego ją zaprowadził nie pozostawił złudzeń. Demencja. Lepiej nie będzie. Leki niewiele pomogą, chociaż mogą opóźnić jej objawy.
– Mieszkałem na drugim końcu miasta – mówi Maciek. – Z początku przyjeżdżałem raz, dwa razy w tygodniu, żeby sprawdzić, jak sobie radzi. Co jakiś czas też dzwoniłem. Wydawało mi się, że jakoś sobie radzi. Sama gotowała sobie obiady, sprzątała, zakupy już ja robiłem.
W ciągu miesiąca wszystko się zmieniło. Nagle przestała gotować, zrobiła się apatyczna, ciągle leżała, nie chciała jeść. Najgorsze, że były dni, kiedy nie tylko nie poznawała własnego syna, ale nie potrafiła też sklecić jednego sensownego zdania. Po jakimś czasie to przechodziło. Znów była uśmiechnięta, radosna, żartowała, pytała Maćka co u niego. Ale to było tylko na chwilę. Po pewnym czasie znów przychodziło otępienie, dezorientacja. Któregoś dnia omal nie spaliła mieszkania. Zaczęła palić gazety w piekarniku.
– Nie było wyjścia – mówi Maciek. – Sprzedałem z czasem swoje mieszkanie, wprowadziłem się do mamy i od czterech lat się nią zajmuję.
Nie może liczyć na pomoc starszego brata. Od lat mieszka za oceanem. Zresztą nigdy nie mieli ze sobą dobrego kontaktu.
– Pewnie, że mu powiedziałem o mamie – mówi. – Za bardzo się nie przejął. Stwierdził, że w tym wieku to nie ma co wymagać cudów. Spytał jedynie, czy nie lepiej byłoby ją oddać do jakiegoś ośrodka. I tyle pomocy z jego strony. Ale czego mogłem się spodziewać, skoro on nawet na pogrzeb naszego ojca nie przyjechał. Bał się, że go z powrotem do Stanów nie wpuszczą, bo miał jakiś lewy ślub czy coś takiego.
Maciek nie ukrywa, że praktycznie całodobowa opieka nad mamą zupełnie zmieniła jego życie. Na szczęście może pracować zdalnie i nieźle zarabia. Emerytura mamy – niecałe 3,1 tys. zł wystarczy na czynsz, rachunki i jedzenie. Do leków już musi dopłacać. Drogie jak diabli. Tak samo za prywatne wizyty lekarskie. Chociażby do neurologa. Na NFZ musieliby czekać miesiącami.
– Nie mówię tego po to, żeby się skarżyć – kończy Maciek. – To jest moja mama i nie wyobrażam sobie, żebym ją oddał gdzieś do ośrodka. Fakt, nie mam w zasadzie prywatnego życia, wszystko jest jej podporządkowane, ale mama ma tylko mnie. Najbardziej mnie martwi jedno. Jestem po rozwodzie, nie mam dzieci. Boję się, że jak ja będę niedołężny, to nikt mi szklanki wody nie poda. Już teraz od czasu do czasu przeglądam oferty różnych ośrodków, gdzie na stare lata ktoś się mną zaopiekuje.
Grzegorz: dzisiaj robię to jak wyszkolona salowa
W podobnej sytuacji jak Maciek, jest także starszy od niego 62-letni Grzegorz – również z Lublina. Kiedy jego mama dostała udaru, lekarze nie dawali jej większych szans na przeżycie. W najlepszym wypadku groził jej ciężki paraliż. Wyszła z tego, ale porusza się z trudem, ma problemy z pamięcią i ma na dodatek wiele innych schorzeń jeszcze sprzed udaru. Przez lata mieszkała sama w niewielkiej miejscowości koło Zamościa i doskonale sobie ze wszystkim radziła.
– Jako osiemdziesięciolatka potrafiła jeszcze rowerem do sklepu pojechać – mówi jej syn. – Dużo czytała, rozwiązywała krzyżówki. Była kiedyś nauczycielką. To stąd jej problemy z gardłem. Potem doszła cukrzyca, problemy z sercem. Do udaru była jednak w pełni sprawna.
Dwa lata temu Grzegorz zabrał mamę do siebie, do Lublina. Dom sprzedali. Za bardzo chętnych nie było, bo to stara chałupa była, raczej do remontu.
– Żona jest już na emeryturze i to ona głównie się opiekuje moją mamą – mówi. – Zawsze się dogadywały. Ja popołudniami pomagam. Wie pan, dla mnie najgorsze to było zmienianie mamie bielizny, pieluchomajtek. Co tu dużo gadać, na początku brało mnie na wymioty. Żona mnie jednak zmusiła. Że to mi się przyda i dzisiaj robię to jak wyszkolona salowa. Mam już wprawę. Nakarmię, przewinę, umyję. Teraz to już chleb z masłem. Mam w tym wprawę.
Pieniądze ze sprzedaży mamy domu szybko się rozeszły. Łóżko, materace przeciwodleżynowe, pieluchomajtki, do tego zabiegi fizjoterapeuty – i po pieniądzach. Sporo kosztował też remont pokoju, który przeznaczyli dla niej na parterze.
– Mama czasami przez kilka dni jest zupełnie nieobecna, wtedy z trudem mówi, łatwo się irytuje, złości, nawet przeklina – mówi Grzegorz. – A czasami trudno poznać, że coś z nią jest nie tak. Buzia jej się nie zamyka. Jest wesoła, śmieje się. Siadam wtedy przy niej, trzymam ją za rękę, coś opowiadam. Kiedyś godzinami przeglądała stare zdjęcia w albumie. Pamiętała, kto jak się nazywa, rzucała nazwiskami, opowiadała ze szczegółami historie sprzed kilkudziesięciu lat. A za kilka dni pytała co to za pani, wskazując na żonę.
Na siostrę nie ma co liczyć. Na samym początku próbował się z nią dogadać, żeby mama była pół roku u niego, a pół u niej. Tylko się pokłócili.
– Nie chce mi się nawet o tym mówić – twierdzi Grzegorz. – Zawsze mi się wydawało, że córki są często bardziej empatyczne w stosunku do swoich matek, ale widać nie wszystkie. Siostra proponowała inne rozwiązanie – umieścić mamę w dobrym ośrodku. Pieniądze przecież były na to ze sprzedaży domu. Powiedziałem, że wystarczyłyby na dwa lata. A co potem?
Razem z żoną starają się prowadzić normalne życie. Na tyle ile się da. Jeśli mają w planach wyjście do kina czy znajomych, to dzwonią po zaprzyjaźnioną opiekunkę. Z Ukrainy. Mają do niej pełne zaufanie. Za jedno popołudnie płacą jej 150 złotych. Mają pewność, że mama jest wtedy nakarmiona, przebrana i przede wszystkim bezpieczna.
– Wie pan, za 10 tysięcy złotych miesięcznie mama miałaby i opiekę, i swój pokoik w niezłym ośrodku – kończy Grzegorz. – Ale czy miałaby miłość za takie pieniądze? Kiedy wiosną czy latem zaprowadzę mamę do ogrodu, opowiadam jej o kwiatach, wspominamy, to widzę po jej oczach, że jest szczęśliwa. Mnie nie chodzi o to, żeby okazywała mi wdzięczność. Ona się mną opiekowała jak byłem mały, a teraz ja się dla niej poświęcam. To jest normalne, bo tak mnie wychowała. Pewnie, że jest ciężko. Kiedyś z żoną często wyjeżdżaliśmy na dłużej , zwiedzaliśmy. Teraz mamy nieco inne priorytety. Najwyżej weekendowy wypad raz na kwartał. Mama jest dla mnie najważniejsza. Boże, jak ona się cieszy, kiedy wracamy…
***
W województwie lubelskim funkcjonuje kilkadziesiąt różnego rodzaju placówek opiekuńczych, zakładów, pensjonatów czy domów pomocy społecznej, które oferują pobyty długo- i krótkoterminowe dla osób starszych, z różnego rodzaju zaburzeniami. W państwowych ośrodkach musimy się liczyć z tym, że czas oczekiwania na przyjęcie będzie dużo dłuższy niż w prywatnych. Poza pewnymi wyjątkami wszystkie są odpłatne, a cena w tych drugich sięga nawet kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie. W koszt pobytu w prywatnym domu opieki wliczone jest m. in. zakwaterowanie, pełne wyżywienie, opieka pielęgniarska, usługi rehabilitacyjne oraz dodatkowe zajęcia terapeutyczne.
Krzysztof Załuski, fot. pixabay.com
Post scriptum
Te trzy opisane przypadki dotyczą wprawdzie województwa lubelskiego, ale takich przykładów można znaleźć bardzo wiele w każdym województwie, w całej Polsce. Osoby niesamodzielne i ich wyczerpani opiekunowie, zdani są wyłącznie na siebie. Dobrze gdy jest ich dwoje, tragicznie, gdy jest tylko jeden lub jedna, w dodatku jeszcze pracująca zawodowo.
A jak wygląda projektowane prawo w zakresie wsparcia OzN, a tym samym ich opiekunów? Oczekiwana od dawna ustawa o asystencji osobistej OzN doczekała się kolejnego projektu, ale on już na wstępie eliminuje część potencjalnych beneficjentów, czyli coraz liczniejszą grupę osób w wieku 65+. Jak wytłumaczyć fakt, że osoba, która jest lub niedawno stała się niepełnosprawna i ukończyła 65 lat nie otrzyma pomocy asystenta, a osobie w wieku średnim należy się taka forma wsparcia? Czy wiek senioralny eliminuje niepełnosprawność? Proponowana w ustawie rola asystenta OzN nie ogranicza się przecież tylko do wsparcia w czynnościach zawodowych, bo – w domyśle 65 lat – to granica aktywności zawodowej.
Z kolei proponowane zapisy dotyczące zasad przyznawania tzw. bonu senioralnego, którego mimo zapowiedzi nadal brak, także już na wstępie eliminują z pomocy systemowej bardzo wielu seniorów. Mają one bowiem dotyczyć osób w wieku 75+, a zatem grupa seniorów między 65. i 75. rokiem życia ma być całkowicie wykluczona z jakiejkolwiek pomocy systemowej. Ponadto ograniczają one możliwość uzyskania wsparcia na opiekę wyłącznie w przypadku posiadania tzw. zstępnych, czyli dzieci, wnuków, prawnuków, pozostających w zatrudnieniu. A co jeśli zstępni z jakiś względów nie pozostają w zatrudnieniu lub są w wieku emerytalnym? A co z samotnymi seniorami, którzy nie mają zstępnych czy nawet dalszej rodziny? Albo takimi, którzy mają ją daleko, choćby za oceanem? Czy im nie należy się dodatek na opiekę, a co więcej – w ich przypadku – wsparcie w samotności?
I jeszcze jedna smutna refleksja: w żadnym z opisanych przez autora artykułu przypadków nie padło ani słowo o przynajmniej chęci, jeśli nie konkretnej ofercie, pomocy ze strony służb do tego powołanych – pracowników socjalnych z ośrodków pomocy społecznej, które znajdują się przecież najbliżej każdego potrzebującego i powinny się nim zainteresować, proponując jakąś formę pomocy. Choćby opiekę wytchnieniową, czyli czasową opiekę nad osobą niesamodzielną w zastępstwie jej opiekuna, która jest przecież elementem pomocy społecznej. A skoro nie padło, to – jak należy domniemywać – takiej oferty nie było. Smutne to, ale prawdziwe.
Red.
Data publikacji: 28.01.2026 r.


