Dzień Patrona w Radwanowicach w 2023 roku, ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski
7 września przypada siedemdziesiąta rocznica urodzin księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Kiedyś tradycją było przychodzenie do dawnego dworu, aby złożyć życzenia ówczesnemu prezesowi Fundacji im. Brata Alberta. W tej grupie znajdowały się osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Dla nich stworzył wyjątkowe miejsce w Radwanowicach (woj. małopolskie). Miał z nimi wręcz rodzinne relacje. Określali go tatą, wujkiem czy ojcem Wirgiliuszem. Oglądali z nim transmisje z zawodów sportowych, a później przychodzili po czekoladę za wygrany zakład. Czuli się bezpiecznie. A dziś, jak to przy różnych rocznicach, zapewne zapytają – dlaczego już go nie ma. Ale wierzą, że patrzy na nich z góry i jeszcze się spotkają.
To były chwile, które w Radwanowicach wiele znaczyły. Zarówno dla władz, pracowników, jak i podopiecznych Fundacji im. Brata Alberta. Każdy chciał osobiście złożyć życzenia urodzinowe księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu, czyli współtwórcy i wieloletniemu prezesowi tej organizacji pozarządowej.
– Staraliśmy się zgromadzić wszystkie jednostki z Radwanowic. Przychodziliśmy o godzinie dziewiątej do sali konferencyjnej [w dawnym dworze – przyp. red.]. Ksiądz zawsze się śmiał, że przypominamy mu o jego wieku, ale to było w formie takich żartów. On miał ogromny dystans do siebie i ogromną pokorę. Naprawdę nigdy niczego nie potrzebował. Kiedy miał 60 lat, powiedział, że zaczyna przyjmować życzenia jako dziadek – mówi Małgorzata Urbanik, prezes Fundacji im. Brata Alberta.
Standardowo więc sala pękała w szwach, panował w niej gwar. Kolejka osób stojących do księdza była mocno zakręcona. Jubilat nie lubił otrzymywać kwiatów ciętych do wazonu. Zgoła inne podejście miał do tych doniczkowych. Kiedyś jego zachwyt wzbudził słonecznik. Bardzo długo stał na stole.
– Ksiądz był osobą niezwykle skromną. Pamiętał zawsze o wszystkich, ale swoich urodzin nie chciał obchodzić. Najpierw mówił, że nie będziemy celebrować, a za chwilę wychodził z pokoju z wielkim worem cukierków, które miał przygotowane dla wszystkich. Wiedział, że przecież przyjdziemy, że nie odpuścimy tego – opisuje Bogumiła Korbiel-Bok, kierownik Świetlicy Terapeutycznej w Radwanowicach.
Ten scenariusz zmienił się 9 stycznia 2024 r., kiedy ksiądz zmarł. Od tego momentu na kolejne rocznice urodzin składają się przede wszystkim msze święte w jego intencji oraz wizyty na cmentarzu parafialnym w Rudawie. Tam został pochowany w grobowcu Zofii Tetelowskiej. Natomiast w okolicach 7 września fundacja organizuje Ogólnopolski Integracyjny Rajd im. Ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Jego pierwsza edycja miała miejsce w 2024 r. w okolicach Zawoi (woj. małopolskie), z wejściem na Okrąglicę (1239 m n.p.m.). Rok później spotkano się w Wołowie (woj. dolnośląskie), gdzie przygotowano grę terenową. Natomiast tegoroczna edycja odbędzie się 8 września w Mnikowie – Dolinie Mnikowskiej.
Jak najlepiej dla OzN
Śmierć księdza Tadeusza była bardzo trudnym momentem dla mieszkańców Schroniska dla Niepełnosprawnych im. Zofii Tetelowskiej i Stanisława Pruszyńskiego, czyli placówki macierzystej Fundacji im. Brata Alberta. Część z nich przybyła do Radwanowic w ciągu pierwszych dwóch lat działalności ww. organizacji, która powstała w 1987 r. Wtedy to było zupełnie inne miejsce niż obecnie. Małgorzata Urbanik zaznacza, że ksiądz tworzył je od podstaw. Najpierw przyjeżdżał do niego na rowerze z Krakowa, z Woli Justowskiej. Potem już w nim zamieszkał. On też każdego z podopiecznych przyjmował.
– Kiedy po raz pierwszy trafiłam do Radwanowic, to byłam wzruszona – piękne warsztaty, prawie jak w raju. Ale są w Polsce osoby z niepełnosprawnościami, które z różnych powodów nie wychodzą z domu. Powiedziałam do Tadeusza, że ci tutaj mają szczęście. Wtedy odpowiedział: „Słuchaj, ja dostałem tych i robię wszystko, żeby im tu było jak najlepiej”. Te piękne słowa ustawiły mnie na lata. Nie ma w nich egoizmu, tylko poświęcenie – opowiada Lidia Jazgar, wokalistka i członek Rady Fundacji im. Brata Alberta.
Początkowo istniał stary dwór, a z czasem otwarto trzy Domy: Norweski, Śląski oraz Przyjaciół. Podopieczni przeszli przez te lata razem z księdzem, który był dla nich jak najbliższa osoba. Wielu mieszkańców Schroniska albo nie ma rodzin, albo ma z nimi sporadyczny kontakt.
– Pracownicy zmieniają się co jakiś czas, chodzą na urlopy, ale ksiądz był zawsze. Niektórzy podopieczni bardzo ciężko przeżyli jego śmierć. Trudno było ich pocieszać, bo sami byliśmy wstrząśnięci. Patrząc na ich ból i cierpienie, załamywaliśmy się mocniej. Ale jednocześnie to dawało nam siłę do dalszego działania dla nich – opisuje Bogumiła Korbiel-Bok.
Poczucie bezpieczeństwa
„Fundacja i inne dzieła nie powinny być po mojej śmierci rozwiązane. Mają działać jako niezależne podmioty” – te słowa ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego stały się drogowskazem dla władz organizacji. Ona prowadzi 39 jednostek w różnych województwach, z których korzysta ponad 1200 osób z niepełnosprawnością intelektualną.
– Ludzie zazwyczaj kojarzą działalność fundacji w Radwanowicach. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ośrodków jest znacznie więcej. To jest niesamowite, że kiedy zabrakło Tadeusza, to fundamenty się nie rozleciały. On przygotował swoich współpracowników do kontynuacji tej misji – podkreśla Lidia Jazgar.
Początkowo podopieczni z Radwanowic nie potrafili sobie wyobrazić, że księdza już z nimi nie będzie. Pierwsze ich pytanie po jego śmierci brzmiało, co z nimi dalej będzie. Nie wiedzieli, czy Schronisko przetrwa, czy wciąż w nim pozostaną. Mieli mnóstwo obaw. Później interesowały ich kwestie związane z mszami świętymi. Bo część z nich to ministranci, wyjeżdżali też z księdzem do różnych miejsc.
– Próbowaliśmy dotrzeć do podopiecznych, żeby pomóc im w sytuacji, w której się znaleźli. Oni zaczęli się otwierać. Oczekiwali pewnych zachowań, które dawał im ksiądz. Przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Był dla nich prawdziwą opoką. Można starać się robić naprawdę wiele, ale nikt nie przeskoczy tego, co ksiądz zrobił dla nich. Żaden z pracowników Fundacji nie spędzał z nimi tyle czasu, co on – wspomina Arkadiusz Tomasiak, dyrektor Schroniska dla Niepełnosprawnych w Radwanowicach oraz członek zarządu Fundacji im. Brata Alberta.
Z kolei Małgorzata Urbanik podkreśla, że ksiądz często długo pracował, niekiedy do godz. 23. W jego gabinecie zawsze świeciło się światełko. Podopieczni z budynków mieszkalnych widzieli je ze swoich okien. Po jego śmierci pytali, czy zaświecone światło może pozostać. Dla nich była to świadomość, że on tam jest.
Część rodziny
Radwanowickie Schronisko jest domem pomocy społecznej prowadzonym w sposób specyficzny, o czym informuje Małgorzata Urbanik. Idea została zaczerpnięta ze Wspólnoty Wiara i Światło. Jak tłumaczy prezes Fundacji, osoby z niepełnosprawnościami mieszkają w trzech budynkach. Na piętrze każdego z nich działa jakaś wspólnota, po 8-10 osób. Ksiądz kładł nacisk na to, że to ma być ich dom. W nim mają czuć się częścią małej rodziny i wspierać się wzajemnie. Natomiast pracownicy powinni uczyć ich wrażliwości na drugiego człowieka.
– Ksiądz zawsze mówił, że chciałby założyć dom z ogródkiem, żeby podopieczni czuli się jak w domu. A nie, że odrzuceni, wykluczeni. No bo to wiadomo, osoby niepełnosprawne, a osoby sprawne, to inaczej to postrzegają, że ty jesteś gorszy, ty lepszy – opisuje Jolanta, która od wielu lat mieszka w Schronisku.
Jak przyznaje ksiądz Andrzej Sasuła, proboszcz Parafii św. Brata Alberta w Radwanowicach, nie wie, jak było od początku. Jednak z tego, co słyszał od parafian, a jest z nimi od piętnastu lat, podejście księdza Tadeusza do OzN pozytywnie wpłynęło na lokalną społeczność. Jego wrażliwość na osoby potrzebujące pomocy i opieki była ogromna. Wielu mieszkańców pracuje w fundacji, a wielu z nich zna osobiście podopiecznych.
– Oni [mieszkańcy Radwanowic – przyp. red.] w wiosce musieli się przyzwyczaić do nas, my do nich, że chodziliśmy na wspólne msze. Ksiądz, jak był, to zabierał nas na wszystkie wyjazdy. Nie można powiedzieć, że wytykają nas palcami, nawet jak księdza nie ma, że my jesteśmy inni, oni są sprawni, my mniej sprawni – dodaje Jolanta.
Nabieranie sił
Podopieczni nazywali księdza Tadeusza przeważnie tatą lub wujkiem. Z kolei Krzysztof, mieszkający od lat w Schronisku, wspomina o ojcu Wirgiliuszu. Jak podkreśla, to było jego określenie. Tak mu kiedyś przyszło do głowy, bo ksiądz miał tyle dzieci.
– Byli mieszkańcy, którzy mówili do niego Tadeusz. On się o to nie wściekał, nie denerwował. Ja w życiu nie powiedziałbym w ten sposób, nawet gdyby mi ksiądz zaproponował. To kwestia mojego szacunku, dla mnie będzie zawsze ksiądz Tadeusz i ksiądz prezes – opisuje Arkadiusz Tomasiak.
Jak stwierdza Małgorzata Urbanik, ksiądz wiele wiedział o podopiecznych – znał ich sytuację rodzinną, wiedział, skąd pochodzą, jakie mają rodziny, z kim są związani itp. To sprawiało, że oni czuli się bezpiecznie w Radwanowicach. Wiedział też, co lubią. Np. kiedy otrzymywał koszulki sportowe, to wręczał je mieszkańcom, którzy je zbierali. Sam miał niewiele, mniej niż osoby w Schronisku. W jego pokoju znajdowały się łóżko i szafa. Nie potrzebował telewizora. Kiedy chciał obejrzeć np. mecz, to szedł do OzN. I urządzali sobie strefę kibica.
– Podopieczni bardzo kochali prezesa i nie tylko oni. Miał indywidualne podejście do każdego z osobna, lubił z nimi żartować, a oni to uwielbiają. Jednocześnie był ich duchowym opiekunem – opowiada ksiądz Andrzej Sasuła.
Krzysztof podkreśla, że ksiądz Tadeusz zawsze znajdował czas dla podopiecznych. Mimo że był zmęczony, bo np. wrócił z jakiegoś wyjazdu. Przychodził do Schroniska, dopytywał, co słychać. Natomiast Małgorzata Urbanik zwraca uwagę na sytuacje kryzysowe. Uczestnicy wiedzieli, z kim mają się skontaktować w takim przypadku. Jeśli więc ktoś z nich źle się poczuł w nocy, to dzwonili do księdza, bo znajdował się w pobliżu i zaraz przybiegał.
– Nie każdy potrafi pracować z osobami z niepełnosprawnościami. Jednak ksiądz Tadeusz często powtarzał, że jak był wyczerpany psychicznie i fizycznie, to odwiedzał mieszkańców Schroniska. Dzięki przebywaniu z nimi nabierał sił do dalszej pracy – opowiada ksiądz Andrzej Sasuła.
Zakład o czekoladę
Ksiądz zajmował się ważnymi i trudnymi sprawami, m.in. społecznymi czy politycznymi. Bogumiła Korbiel-Bok pracowała za ścianą, łączyła do niego telefony. Wiedziała, kto do niego przychodzi. Jak zaznacza, między tym wszystkim zawsze miał czas dla podopiecznych. Oni byli dla niego naprawdę bardzo ważni. Nigdy się nie zdarzyło, żeby powiedział im, że nie ma czasu. Traktował ich tak bardzo podmiotowo i to było dla niej niesamowite. Zdarzało się, że ksiądz rozmawiał z jakimś politykiem lub dziennikarzem, a za chwilę odwiedzał go jeden z mieszkańców Schroniska. Podopieczni przychodzili m.in. w swoje imieniny. Wiedzieli, że prezes Fundacji będzie miał dla nich jakiś gadżet lub słodkości.
– Mi kiedyś dał czekoladkę na imieniny, na urodziny zaprosił. Krzyśka też pamiętał, bo Krzysztofa dwudziestego piątego [lipca – przyp. red.]. Mówił: „Krzyśku, zaprosicie mnie na imieniny, zrobię wam kawę czy herbatę”. Księdza zawsze gościliśmy – wspomina Urszula, która od wielu lat mieszka w Schronisku.
Odwiedzali go także, aby odebrać słodycze czy coca-colę za wygrany zakład. Jak podkreśla Arkadiusz Tomasiak, ksiądz specjalnie robił, żeby przegrać. Zawsze go to cieszyło, kiedy podopieczni z nim wygrywali.
– Przychodził do nas oglądać mecze i skoki narciarskie. Wtedy lubił robić zakłady. Kto z kim wygra, kto przegra. I było – albo ty mi postawisz czekoladę, albo ja ci postawię czekoladę. Ale zawsze on postawił – wspomina Krzysztof, który od wielu lat mieszka w Schronisku.
Z tradycją i uśmiechem
Ksiądz dbał o celebrowanie różnych uroczystości. Jeździł do wszystkich fundacyjnych jednostek na obchody Dnia Brata Alberta i spotkania bożonarodzeniowo-noworoczne. Wizyty były rozłożone na wiele dni. Chciał być blisko m.in. osób z niepełnosprawnościami.
– To tradycyjnie były ciepłe spotkania, ale Wigilia w 2023 r. wyglądała zupełnie inaczej. Podopieczni wiedzieli, że ksiądz jest w szpitalu z powodu choroby. Bardzo im go brakowało. On też bardzo to przeżył, chciał w ten dzień chociaż do nich wejść. Nie wyobrażał sobie, że go nie będzie z nimi – opowiada Małgorzata Urbanik.
W okresie świąt wielkanocnych ksiądz nie praktykował wizyt we wszystkich jednostkach. Brakowało mu na to czasu. Za to w Radwanowicach dbał o kultywowanie m.in. polewania wodą w Poniedziałek Wielkanocny.
– To zawsze było. Pobudka, śmigus-dyngus. Wstawać, nie ma spania. Co to za spanie, nie będziecie spać cały dzień – opisuje z uśmiechem Jolanta.
Z kolei Krzysztof podkreśla, że ksiądz brał sikawkę lub miał przygotowaną butelkę i też był mokry. Jak wspomina, czasami polewanie wodą odbywało się w kuchni. A zimą były bitwy na kulki ze śniegu. Zdaniem Małgorzaty Urbanik wiele radości dostarczał też Marsz Wszystkich Świętych. Podopieczni wcielali się w role świętych, m.in. brata Alberta z wielkim bochnem chleba. Ksiądz wówczas im towarzyszył. Były też zabawy związane z Barbórką.
– Przebierał [ksiądz Tadeusz – przyp. red.] chłopaków i oni chodzili po tych naszych jednostkach. Takim węglem smarowali napotkanych – mówi Urszula.
Kiedyś się spotkają
Księdzu zależało na zapewnieniu rozrywki podopiecznym, a także rozwijaniu ich talentów. Jak wspomina Małgorzata Urbanik, w Radwanowicach odbywały się dni integracyjne. Uczestniczyło w nich nawet 300-400 osób. Jedną z atrakcji stanowił przegląd artystyczny. Kiedyś do jury została zaproszona Anna Dymna. I to z jej inicjatywy w 2001 r. powstał Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną „Albertiana”. W trakcie tego wydarzenia wręczane są Medale św. Brata Alberta za działalność na rzecz OzN.
– Stałam przy barze w krakowskiej Rotundzie. Ludzie świetnie się bawili na kolejnym Galicyjskim Wieczorze z Piosenką. Pomyślałam sobie, że tu jest szał, a są takie osoby, które nigdy nie były na takiej imprezie. Wtedy ktoś mnie dotknął w ramię. To była grupa z Fundacji im. Brata Alberta – z pytaniem, czy zrobiłabym dla nich jakiś koncert. I tak to się zaczęło, na początek było spotkanie ze świętym Mikołajem w Kościele św. Jadwigi w Krakowie – opowiada Lidia Jazgar, która jest współprowadzącą „Albertianę”, a zarazem laureatką Medalu św. Brata Alberta.
Z okazji 8 marca ksiądz organizował minispektakle. Angażował do nich podopiecznych, przygotowywał im teksty i piosenki. Standardowo było przy tym bardzo wesoło.
– Ksiądz zaznaczał, że chcemy obchodzić Dzień Kobiet, Dzień Mężczyzn, a za chwilę – Dzień Dziecka. Pytał ze śmiechem, kim w końcu jesteśmy. Dla niego bardzo ważne były też takie momenty, w których właśnie troszeczkę się odchodziło od takiego bycia prezesem, które dają po prostu okazję do spędzenia czasu razem – wspomina Bogumiła Korbiel-Bok.
Dla Arkadiusza Tomasiaka niesamowite było to, w jaki sposób ksiądz rozmawiał z podopiecznymi. Jeśli pojawiały się jakiekolwiek problemy, to zawsze stawał za OzN i szukał rozwiązania dla nich. To nie oznacza, że na wszystko im pozwalał. Można było się od niego uczyć podejścia do podopiecznych, aby czuli się tak swobodnie i dobrze.
– Kiedy przychodzą takie momenty jak imieniny, rocznica urodzin czy śmierci księdza, to część uczestników płacze, przychodzi się przytulić. Pytają, czemu już go nie ma. Dla nich to jest tak trudne. Ale patrząc na nich, myślę, że mają większą wiarę niż my, dają nam też siłę. Wiedzą, że kiedyś się spotkają i ksiądz nad nimi czuwa. Ale żal pozostaje, bo takiej osoby nie da się zastąpić – podsumowuje Małgorzata Urbanik.
Tekst i fot. Marcin Gazda
Data publikacji: 07.09.2026 r.


