Zajmujemy się pacjentami żyjącymi na granicy wydolności

Jako specjaliści zajmujemy się pacjentami żyjącymi na granicy wydolności – powiedział PAP prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacji Serca, Płuc i Mechanicznego Wspomagania Krążenia, prof. Mariusz Kuśmierczyk. Dodał, że dla tych osób przeszczep serca lub płuc albo mechaniczne wspomaganie krążenia nie są jedną z opcji, lecz często jedyną realną szansą.

PAP: Niedawno odbył się pierwszy kongres Polskiego Towarzystwa Transplantacji Serca, Płuc i Mechanicznego Wspomagania Krążenia. Po co w ogóle tego rodzaju oddzielne Towarzystwo? Jest przecież Polskie Towarzystwo Kardiologiczne. Nie wystarczy?
Prof. Mariusz Kuśmierczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacji Serca, Płuc i Mechanicznego Wspomagania Krążenia, kierownik Kliniki Chirurgii Serca, Klatki Piersiowej i Transplantologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego: Nie, nie wystarczy. Ale może najpierw powiem o czymś innym. Dziedzina, którą się zajmujemy, dotyczy ludzi żyjących na granicy wydolności — dorosłych i dzieci — dla których przeszczep serca, przeszczep płuc albo mechaniczne wspomaganie krążenia nie są jedną z opcji, lecz często jedyną realną szansą. Mówiłem o tym podczas otwarcia naszego kongresu.

PAP: Zaczynam rozumieć…
M.K.: Proszę jeszcze poczekać. Wspominałem też o tym, że w naszej codziennej pracy dobrze wiemy, że w tej dziedzinie czas ma inną wagę. Decyzje nierzadko podejmowane są w nocy. A rozmowy z rodzinami prowadzimy w skrajnych emocjach. Kwalifikacje, które nigdy nie są czysto algorytmiczne. I wiemy też, że każdy błąd systemowy — brak standardu, brak komunikacji, brak doświadczenia — uderza bezpośrednio w chorego.

Dlatego nasze spotkanie nie było tylko o strukturze, statucie czy organizacji. Przede wszystkim dotyczyło ludzi, którzy czekają. I oczywiście o nas — jako środowisku, które bierze za nich odpowiedzialność.

Kiedy zatem mówimy o pacjentach z krańcową niewydolnością serca czy płuc, mówimy o osobach, których organizm funkcjonuje na minimalnych rezerwach. O dorosłych, którzy często mają za sobą długą historię choroby, wielokrotne hospitalizacje i świadomość ryzyka, które towarzyszy każdej kolejnej decyzji.

PAP: To ogromne wyzwanie.
M.K.: Znacznie większe niż się wydaje, jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę dzieci. Bo tu ciężar tej pracy jest inny. Dziecko nie rozumie, dlaczego nie może biegać. Nie rozumie, dlaczego jest podłączone do urządzeń, które zastępują serce albo płuca. Często to rodzice muszą podejmować decyzje, które przekraczają granice wyobrażalne dla człowieka.

Wiemy też, że u dzieci doświadczenie zespołu, organizacja opieki i przewidywalność postępowania mają jeszcze większe znaczenie niż u dorosłych. Margines błędu jest minimalny. A konsekwencje — długoterminowe.

I właśnie dlatego Towarzystwo powstało. Jako odpowiedź na bardzo prostą prawdę: w transplantacji serca i płuc największe skoki jakości robi się nie indywidualnie, ale środowiskowo.

PAP: Z najnowszych danych Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego ds. Transplantacji „Poltransplant” wynika, że w 2025 r. przeszczepiono w naszym kraju 2 298 narządów wewnętrznych, które otrzymało 2 254 pacjentów. To największa jak dotąd liczba przeszczepów, kolejny rekordowy rok polskiej transplantologii. Ogromna w tym zasługa lekarzy, chirurgów, anestezjologów i transplantologów, jak również pielęgniarek oraz – co bardzo ważne – koordynatorów wojewódzkich ds. transplantacji. To oni przekonują do zgłaszania zmarłych dawców i koordynują transplantacje, rozmawiają także z rodzinami osób zmarłych, którzy potencjalnie mogą być dawcami narządów do przeszczepów.
M.K.: W tej dziedzinie nikt nie pracuje sam. Chirurg nie zrobi tego bez anestezjologa czy intensywisty (specjalisty intensywnej terapii – przyp. PAP). A intensywista nic nie zdziała bez kardiologa czy pulmonologa. Nie ma transplantacji bez koordynatorów, bez perfuzjonistów, bez pielęgniarek, fizjoterapeutów, diagnostów. A w pediatrii — także bez ludzi, którzy wspierają dziecko i rodzinę poza salą operacyjną.

PAP: To jaka jest zatem rola Polskiego Towarzystwa Transplantacji Serca, Płuc i Mechanicznego Wspomagania Krążenia?
M.K.: Towarzystwo nie ma zastępować ośrodków. Ma je łączyć. Ma tworzyć przestrzeń, w której doświadczenie jednego zespołu staje się zasobem dla innych. W której decyzje podejmowane lokalnie są osadzone w wspólnym standardzie.

Dlatego tak duże znaczenie mają rzeczy, które brzmią formalnie, ale w praktyce są głęboko humanitarne: edukacja, wymiana doświadczeń, wytyczne, rekomendacje, certyfikacja rozumiana jako budowanie bezpieczeństwa, a nie ocenianie.

PAP: Czy w tak trudnej dziedzinie możliwe są w ogóle wytyczne i rekomendacje?
M.K.: Wytyczne nie są po to, by ograniczać myślenie. Są po to, by pacjent nie był zakładnikiem przypadku. By wynik leczenia w jak najmniejszym stopniu zależał od tego, gdzie i kiedy trafił.

Za każdym standardem stoją ludzie. Zespoły, które dźwigają najcięższe decyzje. Lekarze, pielęgniarki, perfuzjoniści, koordynatorzy, psychologowie. Ludzie, którzy często pracują pod ogromną presją emocjonalną.

Towarzystwo ma być także dla nich. Ma wspierać rozwój zawodowy, mentoring, programy szkoleniowe, wymianę doświadczeń. Bo w tej dziedzinie nie da się utrzymać jakości bez dbania o ludzi, którzy tę jakość tworzą.

A wytyczne są potrzebne, choćby dlatego, żeby poprawić zbyt późną kwalifikację pacjentów do transplantacji serca i mechanicznego wspomagania krążenia. Podczas obrad wskazywaliśmy na pilną potrzebę opracowania jasnych wytycznych oraz spójnych ścieżek kwalifikacji. A także na poprawę wczesnego rozpoznawania zaawansowanej niewydolności serca.

PAP: Jest jeszcze odpowiedzialność…
M.K.: Tak, tu dochodzimy do odpowiedzialności. Do rytmu pracy. Do tego, żeby to nie była jednorazowa konferencja, ale proces. Proces, który za kilka lat pozwoli powiedzieć: coś realnie się zmieniło. Dla pacjentów. Dla zespołów. Dla systemu.

Bo pacjenci na listach oczekujących nie żyją w rytmie konferencji. Oni żyją w rytmie narastającej niewydolności. Naszym zadaniem jest sprawić, żeby rytm organizacyjny przekładał się na realną zmianę kliniczną.

PAP: Podczas konferencji często przebijało się słowo: „mistrzostwo”. Na czym ma ono polegać?
M.K.: Uważam, że naszej dziedzinie mistrzostwo nie polega na tym, że potrafimy zrobić najwięcej. Polega na tym, że potrafimy zrobić to, co naprawdę służy pacjentowi — dorosłemu lub dziecku — nawet wtedy, gdy jest to najtrudniejsze.

Mistrzostwo to decyzje podejmowane w ciszy. To gotowość do pracy zespołowej, do konsultacji, do przyjęcia odpowiedzialności za wspólny standard. To pokora wobec granic medycyny i szacunek dla czasu, który pacjent nam powierza.

Jeżeli mamy zatem mówić o mistrzostwie, to tylko w jednym znaczeniu: być mistrzem przede wszystkim dla pacjentów, a nie dla procedur, statystyk czy własnego komfortu.

I jeśli Polskie Towarzystwo Transplantacji Serca, Płuc i Mechanicznego Wspomagania Krążenia ma coś budować, to właśnie takie mistrzostwo — ciche, zespołowe i odpowiedzialne. (PAP)

Rozmawiał Zbigniew Wojtasiński, fot. freepik.com

Data publikacji: 21.01.2026 r.

Udostępnij

Zachęcamy do zapisania się do Newslettera

Przeczytaj również