Część osób z niedosłuchem nie akceptuje leczenia, mimo że jest skuteczne
- 03.03.2026
Część osób z niedosłuchem nie akceptuje leczenia, mimo że mamy twarde dane o jego skuteczności – powiedział PAP prof. Kazimierz Niemczyk, kierownik Katedry i Kliniki Otorynolaryngologii, Chirurgii Głowy i Szyi w UCK WUM. Problem ze słuchem ma ok. 30 proc. seniorów oraz do 10 proc. młodszych grup.
3 marca obchodzimy Światowy Dzień Słuchu ustanowiony przez WHO, którego celem jest podnoszenie świadomości na temat profilaktyki i leczenia utraty słuchu. O tym, dlaczego niedosłuch jest problemem zdrowia publicznego, jakie są jego przyczyny i jakie nadzieje daje współczesna medycyna, PAP rozmawiała z prof. Kazimierzem Niemczykiem, kierownikiem Katedry i Kliniki Otorynolaryngologii, Chirurgii Głowy i Szyi w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym WUM.
PAP: Czy niedosłuch w Polsce to realny problem zdrowia publicznego, czy raczej temat wciąż bagatelizowany?
Prof. Kazimierz Niemczyk: To zdecydowanie realny problem, ale jednocześnie wciąż bagatelizowany. Mimo różnych działań informacyjnych osoby noszące aparaty słuchowe bywają traktowane z pewnym dystansem. Często same starają się je ukrywać, nie chcą się z nimi afiszować. To proces społeczny, zmiany następują bardzo powoli. Tymczasem mówimy o zjawisku, które dotyczy nawet 30 proc. osób w wieku senioralnym oraz do 10 proc. młodszych grup. To nie jest margines.
PAP: Czy wiemy, ile osób ma niedosłuch niezdiagnozowany?
K.N.: Często problemem nie jest sama diagnoza, lecz brak rehabilitacji. Nawet jeśli niedosłuch zostanie rozpoznany, nie wszyscy akceptują proponowane metody leczenia. Kiedy zaczęliśmy w latach 90. wszczepiać implanty ślimakowe, dzięki którym osoby niesłyszące mogą odzyskać słuch, byliśmy przekonani, iż problem głuchoty może nie zniknie, ale zostanie zminimalizowany. Tak się jednak nie stało – co przypomina nieco historię ze szczepionkami: choć chronią przed ciężkimi chorobami jest grupa ludzi, która je odrzuca z obawy przed możliwymi, choć rzadko spotykanymi powikłaniami. Podobnie jest z leczeniem niedosłuchu. Część osób nie akceptuje leczenia, mimo że mamy twarde dane o jego skuteczności.
PAP: Czy możemy mówić o niedosłuchu jako o chorobie cywilizacyjnej związanej z hałasem? I czy młodzi ludzie ze słuchawkami w uszach są grupą ryzyka?
K.N.: Hałas jest jedną z przyczyn, ale nie jedyną. Wszystko zależy od natężenia i czasu ekspozycji. Przyjmuje się, że poziom 85–90 decybeli przy długotrwałym działaniu może prowadzić do uszkodzenia słuchu. Samo noszenie słuchawek nie oznacza automatycznie problemów, ale jeśli ktoś regularnie przekracza te wartości, ryzyko rośnie. Trudno dokładnie zmierzyć, jakie natężenie dźwięku dociera bezpośrednio do błony bębenkowej, bo wpływa na to wiele czynników, ale zasada umiaru pozostaje kluczowa.
PAP: Dlaczego z wiekiem nasz słuch się pogarsza?
K.N.: Ucho wewnętrzne jest narządem o tzw. końcowym unaczynieniu. Nie ma krążenia obocznego, więc jeśli dojdzie do zaburzeń przepływu krwi, skutki są poważne. Można to porównać do zawału serca – bywa, że mówimy o „zawale ucha”. Część takich epizodów może przebiegać skrycie. Do zaburzeń prowadzą choroby cywilizacyjne, cukrzyca, stres, przemęczenie, infekcje. Z wiekiem w pierwszej kolejności tracimy zdolność słyszenia wysokich tonów, bo ta część ucha jest szczególnie wrażliwa.
PAP: Czy brak rehabilitacji powoduje, że mózg „zapomina” dźwięków?
K.N.: W pewnym sensie tak. Mówimy o deprywacji słuchowej. Jeśli narząd nie jest stymulowany, dochodzi do zmian nie tylko w uchu, ale też w całej drodze słuchowej – w nerwie słuchowym i ośrodkach mózgowych. Długotrwała głuchota prowadzi do zmian nieodwracalnych. Utrata słuchu to nie tylko problem medyczny. Prowadzi do izolacji społecznej, depresji, pogorszenia funkcji poznawczych. Słuch jest jednym z kluczowych kanałów poznawczych – jego brak wpływa na całość funkcjonowania człowieka, a także na jego bezpieczeństwo – możemy np. odskoczyć słysząc nadjeżdżający pojazd czy rzucić się do ucieczki słysząc skradające się kroki. Koledzy lekarze z Ukrainy opowiadali mi, że zanim cywilna ludność nie nauczyła się odczytywania odgłosów wojny, jak np. nadlatujące drony, śmiertelność w tej grupie była znacznie wyższa, niż dziś.
PAP: Jak ważne jest tzw. okienko terapeutyczne w przypadku pogorszenia się słuchu?
K.N.: W przypadku nagłego niedosłuchu mówimy o około 24 godzinach. Im szybciej pacjent zgłosi się do lekarza, tym większa szansa na poprawę. Około 80 proc. przypadków udaje się poprawić, ale pozostałe 20 proc. może zakończyć się trwałym ubytkiem. Czas ma kluczowe znaczenie.
PAP: Kiedy aparat słuchowy przestaje wystarczać i konieczny jest implant?
K.N.: Przy głębokim niedosłuchu odbiorczym od poziomu ubytku ponad 70 decybeli kwalifikujemy pacjentów do implantu ślimakowego. W Polsce pierwszą taką operację przeprowadzono w 1992 roku w szpitalu przy ul. Banacha w Warszawie. Przeprowadził ją prof. Henryk Skarżyński, wówczas pracownik Kliniki Otorynolaryngologii Akademii Medycznej w Warszawie (obecnie Warszawski Uniwersytet Medyczny w Warszawie), a ja miałem możliwość asystować mu przy tej operacji.
Od tego czasu technologia bardzo się rozwinęła. Implant to dziś zaawansowany komputer – szybszy, mniejszy, bardziej efektywny. Sama zasada działania się nie zmieniła – omijamy uszkodzone komórki i bezpośrednio stymulujemy nerw słuchowy. Operacje są krótkie i mało obciążające, choć – jak w każdej procedurze – ryzyko powikłań istnieje.
PAP: Podobno regeneracja komórek słuchowych, zwanych rzęsatymi, które odpowiadają za przekształcanie drgań dźwięku w impulsy elektryczne przekazywane do mózgu, jest niemożliwa? A to one sprawiają, że „słyszymy”, a nie tylko rejestrujemy wibracje.
K.N.: To bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Do końca nie jest jasne, czy one zupełnie się nie regenerują. Zdarzają się pojedyncze, mniej lub bardziej udokumentowane przypadki, które można by interpretować jako spontaniczną poprawę funkcji narządu słuchu. Ale nauka wymaga powtarzalności. Pojedynczy przypadek nie jest jeszcze dowodem.
Poza tym samo „odtworzenie” komórek to za mało. Bo to nie jest tak, że komórka rzęsata zacznie poruszać rzęskami i już mamy słuch. Te komórki muszą pracować w ściśle określonej sekwencji czasowej, reagować na bodźce w sposób zsynchronizowany. Inaczej powstanie szum, a nie dźwięk, który mózg potrafi rozpoznać jako mowę czy muzykę. To musi być precyzyjnie zestrojony mechanizm, a nie zbiór pojedynczych elementów działających każdy po swojemu.
PAP: Co byłoby przełomem w leczeniu niedosłuchu na podobieństwo wynalezienia implantu ślimakowego?
K.N.: Prawdziwy przełom w leczeniu niedosłuchu nastąpi w momencie, gdy medycyna przestanie jedynie kompensować uszkodzenia, a zacznie je rzeczywiście odwracać. Dziś potrafimy bardzo skutecznie wspierać pacjentów – aparaty słuchowe wzmacniają dźwięk, a implanty ślimakowe omijają uszkodzone komórki rzęsate i bezpośrednio stymulują nerw słuchowy. To ogromny postęp technologiczny, ale w istocie jest to obejście problemu, a nie jego biologiczne rozwiązanie. Jeśli się nauczymy skłaniać komórki rzęsate do tego, żeby się regenerowały i pracowały jak trzeba wtedy, oczywiście, będzie to wielki przełom.
Prowadzone są badania nad terapią genową, aktywacją genów odpowiedzialnych za rozwój komórek słuchowych, zastosowaniem komórek macierzystych czy leków podawanych bezpośrednio do ucha wewnętrznego. Na razie jednak nie osiągnięto efektu, który można by uznać za kliniczny przełom. Równolegle rozwija się neurotechnologia – coraz doskonalsze implanty oraz systemy wykorzystujące sztuczną inteligencję do analizy i przetwarzania dźwięku w czasie rzeczywistym.
PAP: Mówimy tutaj o rzeczach wielkich, ale mam także trywialne pytanie: grzebać patyczkiem w uchu czy nie?
K.N.: Jeśli chodzi o „grzebanie” – nie. Można za pomocą patyczka kosmetycznego delikatnie podać lek do przewodu słuchowego, ale wyciąganie za jego pomocą woskowiny jest zabronione. Jeśli chcemy osuszyć zewnętrzną część przewodu słuchowego po kąpieli to można to zrobić np. za pomocą chusteczki higienicznej, która jest higroskopijna. Wkładanie patyczków do środka może prowadzić do urazów i stanów zapalnych, a w rezultacie uszkodzić słuch.
PAP: A przewianie ucha? Babcie i mamy straszą nim dzieci wymuszając nakładanie czapek.
Prof.: I słusznie, bo takie przewianie i wyziębienie mogą skończyć się zapaleniem (skóry) przewodu słuchowego, a w skrajnych przypadkach nawet porażeniem nerwu twarzowego. Obrzęk w wąskim kanale kostnym może doprowadzić do jego ucisku.
PAP: Czy w Polsce jest wystarczający dostęp do specjalistów zajmujących się niedosłuchem?
K.N.: W zakresie otorynolaryngologii sytuacja w Polsce jest generalnie dobra. Mamy dobrze wyszkolonych specjalistów, ich rozmieszczenie w kraju jest stosunkowo równomierne, więc dostęp do specjalisty w większości regionów nie stanowi zasadniczego problemu. Jednak w ostatnich latach w Polsce zamknięto część oddziałów laryngologicznych, szczególnie w mniejszych ośrodkach, w dawnych miastach wojewódzkich. To może rodzić konsekwencje dla lokalnych społeczności, zwłaszcza w sytuacjach wymagających pilnej interwencji, takich jak nagły niedosłuch czy powikłania zapalne. (PAP)
Rozmawiała: Mira Suchodolska, fot. freepik.com
Data publikacji: 03.03.2026 r.


