Niezaplanowana choroba. Wyznania alkoholika

Adam pije od lat. W przyszłym roku skończy 56 lat, jednak wygląda o wiele starzej. Alkohol zrobił swoje. Przyznaje, że za późno dotarło do niego, że alkoholizm to taka sama choroba, która też może doprowadzić do wózka inwalidzkiego jak wiele innych.

Nie pamięta, kiedy po raz pierwszy w życiu „urwał mu się film”. Chyba na studiach. Obudził się wtedy z wielkim bólem głowy. Było mu niedobrze. Przeleżał cały dzień w łóżku. Dopiero wieczorem wyszedł z domu. Przez jakiś czas nie mógł patrzeć na alkohol. Odrzucało go. Do czasu.

Bo takich dni, jak ten pierwszy, kiedy przeholował z alkoholem, było potem w jego życiu mnóstwo. Nie pił tylko wtedy, kiedy leżał w szpitalu albo nie miał siły pójść do sklepu po piwo. A pić musiał, bo jego choroba przez te wszystkie lata nie zamierzała odpuścić. O tym, że zmaga się właśnie z chorobą alkoholową, dowiedział się dopiero wtedy, kiedy już sięgnął dna.

Dzisiaj opowiada o tym ku przestrodze. Starannie dobiera słowa, z trudem je składa. Wiele słów już zapomniał. Szybko się męczy, prosi o przerwę.

Uzależnienie od picia zrobiło z niego wrak człowieka
– Wie pan, że ja kiedyś nawet tego alkoholu nie lubiłem? – zaczyna swoją historię. – Jak większość młodych ludzi, owszem, próbowałem, ale niespecjalnie mi smakował.

Skończył lubelską politechnikę. Został inżynierem. Zaraz po studiach ożenił się z koleżanką z roku. Zamieszkali u jej rodziców. Mieli całe piętro w domku jednorodzinnym do dyspozycji. Obydwoje się dorabiali. Nie mieli zbyt wielu znajomych, przyjaciół. Domatorzy. Adam poszedł do pracy w dużej, państwowej firmie budowlanej. Żona pracowała w banku. Nieźle im się powodziło. Teściowie i rodzina Adama pomagali, jak mogli. Dość szybko się usamodzielnili, kupili samochód.

– W czasach PRL-u alkohol był wszędzie – mówi Adam. – Nie było imprezy bez piwa czy wódki. Wszyscy pili. Jak ktoś nie chciał, to śmiano się, że albo kapuś, albo chory. Ja też za kołnierz nie wylewałem, ale nie wiedziałem, że po jakimś czasie alkohol zawładnie moim życiem.

Zaczęło się w pracy.
Pięćdziesiątka do drugiego śniadania, potem piwko. Nawet specjalnie się z tym nie krył, bo jego bezpośredni przełożony – zresztą kolega ze studiów – robił to samo. I nie tylko on.
Zdarzało się, że po pracy wstępował też do pobliskiej piwiarni. Miał niedaleko – na sąsiedniej ulicy. Najpierw raz w tygodniu, potem częściej. Żona pracowała do godziny 18, czasami się złościła, że znowu czuć od niego piwo, ale nie robiła awantur.

Pierwszy ostrzegawczy sygnał, że alkohol staje się dla Adama problemem, pojawił się po świętach wielkanocnych.

– Mieliśmy akurat znajomych z Kanady, potem rodzinne spotkania i mnóstwo alkoholu – wspomina Adam. – Zaraz po świętach żona wyjechała na tydzień na szkolenie. Ja chyba jeszcze miałem alkohol we krwi, bo jak poszedłem po wolnym do pracy, to czułem ten przyjemny „szmerek” w głowie.
Zaraz po pracy kupił zapas alkoholu w sklepie i się zaczęło. Picie przez duże „P”.
– Następnego dnia nie poszedłem do roboty – mówi Adam. – Wziąłem urlop na żądanie. Nie byłem w stanie.
Pił przez kilka dni. W przeddzień powrotu żony posprzątał mieszkanie, wyrzucił puste butelki, ogarnął się. Na krótko. Podobne sytuacje zdarzały się coraz częściej. Pił coraz więcej. W pracy, po pracy, ukradkiem w domu.

Zaczęły się schody
– Ktoś ze znajomych musiał zadzwonić na policję, że będę wracać z pracy samochodem po alkoholu – mówi. – I rzeczywiście, jak tylko wyjechałem z budowy, to już mnie capnęli. Miałem ponad promil alkoholu. Straciłem prawo jazdy.

Wkrótce stracił też pracę. Również przez alkohol. To był jednak dopiero początek kłopotów.

– Żona wytrzymała ze mną jeszcze tylko kilka miesięcy – przyznaje Adam. – Ja to wszystko pamiętam jak przez mgłę. Wtedy poszedłem już na całość. Praktycznie nie trzeźwiałem. Nic się dla mnie nie liczyło. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to choroba. Co mogłem wiedzieć, skoro nic do mnie nie docierało? Jak piłem, to czułem się świetnie, jak w jakiejś bańce, która chroniła mnie przed złem tego świata. Żadnych problemów. Żadnych uczuć. Rozwód? Zupełnie mnie to nie ruszało. Podpisałem, co mi podsunęli. Zresztą myślałem wtedy tylko o tym, że w lodówce mam jeszcze kilka butelek piwa i to było dla mnie najważniejsze. Jakieś refleksje, żal? A skąd. Nic takiego nie było.

Adam nie może sobie przypomnieć, kiedy zmarł jego ojciec. Chyba dziesięć lat temu. Owszem, był na pogrzebie. Nie płakał. Żadnej łzy.
– Ja już wtedy nie okazywałem wyższych uczuć – przyznaje. – Wóda mi je całkiem zniszczyła. Zresztą na pogrzebie i tak nie byłem całkiem trzeźwy.

Po rozwodzie wrócił do mieszkania rodziców. Zajęła się nim mama. No bo kto inny. Zamiast żony, to ona przez kolejne lata musiała patrzeć jak Adam coraz bardziej pogrąża się w chorobie. Bo pił praktycznie przez cały czas.

– Byłem na odwyku – mówi. – Mama załatwiła. Za pierwszym razem zupełnie mnie to nie ruszyło. Jaka choroba, jakie uzależnienie? Piję, bo lubię. Tak sobie tłumaczyłem. A że nie mogę przestać, to tylko moja słaba wola. Co to za problem, żeby nie pić? Trzeba tylko chcieć. A ja lubię pić. Jak trzeba będzie, to przestanę.
Tak wtedy rozumiał alkoholizm.

Osiągnął szczyt, przyszło spadanie
Po pierwszym udarze, czy też wylewie – tego już Adam nie pamięta – dotarło do niego, że może jednak nie jest to kwestia silnej woli ani prostego wyboru: pić albo nie pić.

– Ale mnie to jeszcze nie wystraszyło – mówi. – Początkowo nie bardzo mogłem ruszać prawą nogą, bełkotałem, ale po jakimś czasie wszystko przeszło.
Brał tabletki, o to już mama codziennie dbała, i dalej pił. Ciało jednak wkrótce powiedziało „dość”. Kolejny udar, wylew, problemy z sercem, wątrobą. Kiedy nie brał tabletek, robił się także agresywny. Zaczęły się kłopoty z chodzeniem, pamięcią. Był okres, kiedy nie był w stanie samodzielnie przejść do toalety. Trochę odpuściło, ale są dni, kiedy może poruszać się tylko na wózku. Gdy jest lepiej, używa balkonika. Przejście 300 metrów to dla niego duże wyzwanie.

– Mama załatwiła mi rentę, jakieś zapomogi – mówi Adam. – Już dawno machnęła ręką na terapie.

Adam nie ma już kolegów, z którymi tak często spotykał się przy alkoholu. Umarli. Niektórzy bardzo młodo.

Nikt nie szuka choroby
– Wie pan, ja dzisiaj z perspektywy tych moich pijanych lat nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy twierdzą, że alkoholik zachorował na własne życzenie. Tak jakby świadomie pił, żeby znaleźć się w takim miejscu jak na przykład ja teraz. Bzdura. To przecież jest tak samo, jakby ktoś powiedział, że zachorował na raka na własne życzenie, bo tak chciał. To nie jest tak. Ja dopiero dzisiaj widzę, że to jest taka sama choroba, jak wiele innych. Ja jej nie szukałem, nie planowałem. Wydaje mi się, że prawie w każdym człowieku tyka taka bomba z opóźnionym zapłonem. Nie wiadomo, kiedy wybuchnie. U mnie to się stało. Nie wiem nawet kiedy. Nikt w mojej rodzinie nie miał nigdy problemów z alkoholem. Czemu na mnie wypadło? Tego nie jestem w stanie wytłumaczyć. Najpierw alkohol mi nie smakował, potem piłem z ciekawości, poczułem przyjemny „szmerek”, raz, drugi, w końcu puściły jakieś hamulce. To tak, jak samochód bez zaciągniętego ręcznego spada, tak ja spadłem. Aż na samo dno. Co ja mogę dziś zaplanować, skoro nie wiem, czy się jutro obudzę? Jeśli tak, to dobrze, bo będę mógł pójść do sklepu po moje dwa piwa. Jak nie, to pojadę wózkiem.

Co na to psychologia?
Małgorzata Sitarczyk, psycholożka z Akademii WSEI w Lublinie, biegły sądowy w zakresie psychologii twierdzi, że jakiekolwiek picie alkoholu – zwłaszcza w młodym wieku – może wywołać efekt lawiny.
– To nie tylko geny, predyspozycje psychofizyczne, osobowość, ale też cechy charakteru mogą sprawić, że ten kolejny łyk wina, wódki czy piwa może być początkiem choroby alkoholowej – twierdzi. – Zawsze i wszędzie będę powtarzać do znudzenia, że nie ma czegoś takiego jak kontrolowane picie. To totalna bzdura. To jeden z wielu mitów dotyczących tej choroby. Nie mamy praktycznie żadnego wpływu na funkcjonowanie naszego mózgu. Samą siłą woli nie jesteśmy w stanie powstrzymać biopsychicznych procesów degradacji w chorobie alkoholowej. Gdyby tak było, to nie byłoby alkoholizmu. Tłumaczenie, że ktoś pije „bezpiecznie” jest charakterystyczne właśnie dla alkoholików. Wielu z nich próbowało w swoim życiu zapewniać bliskich, że „od jutra wszystko się zmieni i będą mniej pić”. Nic bardziej błędnego. Nie są w stanie spełnić tej obietnicy. Mózg alkoholików nie funkcjonuje tak, jak u ludzi zdrowych. Oni są na zupełnie innym poziomie.

Małgorzata Sitarczyk nie uważa alkoholizmu za patologię. Wręcz odwrotnie. To alkoholizm ją wywołuje. A o tej chorobie wciąż Polacy jednak niewiele wiedzą.
– Wciąż trudno nam się pogodzić z tym, że jedni chorują na raka, inni na serce, a jeszcze inni są ofiarami choroby alkoholowej – podkreśla. – Choroba nie wybiera. Alkoholizm jest chorobą duszy. A tego nie da się wyleczyć cudownymi medykamentami, jakimś przeszczepem czy operacją – nawet najbardziej skomplikowaną. Leczenie alkoholizmu to przede wszystkim praca nad sobą.

Krzysztof Załuski, fot. magnific.com

Data publikacji: 30.05.20266 r.

Udostępnij

Zachęcamy do zapisania się do Newslettera

Przeczytaj również