Historie nieopowiedziane

Paulina Malinowska-Kowalczyk z książką

Do księgarń trafiła niedawno książka Pauliny Malinowskiej-Kowalczyk zatytułowana „Życie na medal. Prawdziwe historie niezwykłych kobiet, które dzięki wytrwałości i walce o siebie sięgnęły po paralimpijskie zwycięstwo”.  To pierwsza tego rodzaju publikacja napisana przez kobietę o kobietach, sportsmenkę o sportsmenkach, dziennikarkę z niepełnosprawnością, która przed laty postanowiła zająć się nikomu wtedy jeszcze nieznaną komunikacją i promocją sportu OzN. 14 kwietnia w Warszawie odbyło się  spotkanie promujące książkę,  na którym Autorce towarzyszyły paralimpijki.
W szczerej rozmowie z redakcją „Naszych Spraw” opowiedziała nie tylko o tym jak powstawała książka i o jej bohaterkach, o nieznanym świecie paralimpijek, ale również o swoim życiu, które, tak jak książka może stać się inspiracją dla innych.

Nasze Sprawy: – Mówisz, że w Twoim DNA od zawsze jest sport.
Paulina Malinowska-Kowalczyk: – Tak, od dziecka byłam bardzo aktywna i uwielbiałam ruch. Kiedy jeszcze miałam dwie ręce, uprawiałam piłkę ręczną. Jestem wysoka, już w pierwszych klasach szkoły podstawowej byłam o głowę wyższa niż moje koleżanki. Uwielbiałam ten sport i grę w reprezentacji szkoły. Trwało to jednak bardzo krótko, bo w czwartej klasie zachorowałam i straciłam rękę. Było wiadomo, że muszę się z tym sportem pożegnać. Dostałam od razu zwolnienie z lekcji wychowania fizycznego, które tak uwielbiałam. Odbyło się to na zasadzie: tam jest ławka i to jest teraz twoje miejsce. Bardzo przeżywałam brak możliwości uprawiania sportu, bo wcześniej oprócz gry w piłkę pływałam i jeździłam na nartach. A potem ten sport został mi w pewnym sensie zabrany, ale na takiej zasadzie, że skoro straciłam rękę, to ja już do sportu nie mam żadnego wejścia. Później jednak wróciłam do aktywności sportowej. Przez wiele lat byłam w takim teatrze amatorskim, gdzie tę sprawność fizyczną bardzo się ceniło. Przed zajęciami mieliśmy ponad godzinę rozgrzewki fizycznej. To właśnie wtedy zaczęłam znowu biegać, chodzić na bieżnię. Do klubu sportowego trafiłam kiedy skończyłam studia. Uprawiałam pływanie, bo to potrafiłam, ale to już było za późno, żeby zrobić z tym coś sensownego, a mówiąc krótko – byłam za stara na karierę pływacką i za wolna, żeby rywalizować z innymi zawodnikami w mojej grupie niepełnosprawności. Jeździłam na zawody, nawet na jakieś międzynarodowe, i dobrze się z tym czułam. To wtedy zrodził się pomysł, żeby zająć się sportem OzN pod kątem komunikacji. Zauważyłam bowiem, że nikt się tym sportem nie interesuje, nikt go nie pokazuje i w sumie to mało osób w ogóle o nim wie. Być może gdybym ja sama wcześniej o nim więcej wiedziała, to moja ścieżka sportowa potoczyłaby się inaczej. Ale w tym momencie wydawało mi się, że sport OzN można komunikacyjnie sprzedać.

– Twoje podejście do zawodu i pasji, bo w tym co robisz od razu widać pasję, odbyło się z udziałem… sześciu śmiałków w kanale i książką telefoniczną. Czy możesz o tym opowiedzieć?
– Po skończeniu iberystyki i studiów podyplomowych w zakresie komunikacji zaczęłam współpracować z klubem sportowym i szybko trafiłam do telewizji po akcji „Sześciu śmiałków w kanale”. Nasz trener chciał przepłynąć Kanał La Manche w obie strony w sztafecie z niewidomymi pływakami i ja zajęłam się sferą komunikacyjną i promocyjną tego wydarzenia. Nietypowego, bowiem 6 sportowców podjęło próbę 36-godzinnego pływania non stop na Warszawiance, a ja z książką telefoniczną w ręku – takie to były czasy – ściągałam na tę próbę dziennikarzy. I to się udało – przyszło ich wielu. Zaczęto mnie zapraszać do różnych redakcji, między innymi właśnie do telewizyjnej Dwójki, z którą podjęłam współpracę pokazując sport OzN i osiągnięcia naszych paralimpijczyków.

– Obserwujesz naszych paralimpijczyków od dawna, jeżdżąc z nimi po świecie. Jak sądzisz, dlaczego mimo choroby czy wypadku uprawiają sport?
– Wiem, że dla jednych choroba czy wypadek to koniec marzeń o sporcie i o karierze, dla innych natomiast to moment, w którym trzeba pewne rzeczy przewartościować, ale jednak mimo wszystko do tego sportu wrócić. Myślę, że każdy reaguje inaczej i to często zależy od tego, w jakim momencie życia się znajduje. Bywa, że ludzie zaczynają się interesować sportem dopiero po wypadku. Czasem, jeśli wcześniej uprawiali sport na poziomie wyczynowym, czy nawet amatorskim, wybierają inną dyscyplinę, bo jeśli ktoś lubi ruch i sport to zawsze coś dla siebie znajdzie. Mamy takie przypadki jak żużlowiec Rafał Wilk, czy kierowca Formuły 1 obecnie parakolarz Alessandro Zanardi. To są takie nazwiska, które pokazują, że sport jest po prostu nieodzownym elementem życia. A z bohaterek mojej książki choćby Natalia Partyka czy Kinga Dróżdż. Natalia zaczęła od sportu sprawnych dzieci i młodzieży, dopiero potem przechwycił ją sport niepełnosprawnych. Podobnie historia Kingi, najpierw była wśród sprawnych juniorów a potem, po jakimś czasie, przeszła do sportu paralimpijskiego.

– A co stało się bezpośrednim impulsem do napisania tej książki?
– Bycie z paraolimpijczykami 24 godziny na dobę daje pewne przemyślenia. Dojrzewałam do tej książki już od bardzo dawna i czekałam na taką przestrzeń, która pozwoli mi ten pomysł zrealizować. Nikt jeszcze czegoś takiego nie napisał. To są historie nieopowiedziane i ja sama, pisząc tę książkę, mimo że większość z tych bohaterek znam od 15 czy 20 lat, bardzo często miałam takie wrażenie, że je dopiero poznaję. Nawet jeśli z nimi rozmawiałam czy pisałam jakieś artykuły, to one koncentrowały się na tym z jakiego powodu są niepełnosprawne, jaką mają grupę niepełnosprawności, gdzie i kiedy startują. Zawsze jednak trzymałam się takiego sznytu dziennikarstwa sportowego: dla mnie był ważny wynik, rywalizacja. Zresztą zawsze to powtarzam, że zawodnik, który staje na starcie nie myśli o tym, żeby się rehabilitować w czasie biegu. Myśli o tym, żeby wygrać, albo żeby pobiec czy popłynąć jak najszybciej, zdobyć lepszy wynik niż poprzednim razem, najlepszy ze wszystkich, którzy są na starcie. Zatem, mimo że znałam pobieżnie historię tych dziewczyn, to nie znałam ich samych bardzo dokładnie. Nie znałam całego mnóstwa niuansów dotyczących ich kariery, tego, co działo się w ich życiu. Dzięki naszym długim rozmowom, odkryłam ich prawdziwe twarze. I to było naprawdę niesamowite doświadczenie. Każda z tych opowieści jest inna. Natalia Partyka na przykład, zgodziła się żebyśmy w historii o niej skoncentrowały się na jednym wydarzeniu. Żeby tę jej opowieść poświęcić porażce. Natalia jest paralimpijką, która zawsze wygrywała i z tego jest znana w kraju. Tymczasem na igrzyskach paralimpijskich w Tokio przegrała indywidualnie złoto, zdobywając tylko brąz. Rozmawiałyśmy więc o tym, co działo się w Tokio, kiedy węszyła porażkę, o tym, co było wcześniej i co się stało później. Jak ona to przeżyła i co zrobiła ze swoim życiem. O tym, jak radzi sobie z porażką osoba, która przez kilkanaście lat wygrywała.
Myślę, że aby osiągnąć sukces w sporcie nie można liczyć na żadną taryfę ulgową. To jest po prostu ciężka praca, pot, krew i łzy, szczęścia i radości, a czasami właśnie z powodu przegranej. Żeby wejść na ten szczyt, sięgać po medale, trzeba temu zadaniu naprawdę się oddać. Te dziewczyny, o których piszę – paralimpijki – to są bohaterki, które się temu podporządkowały w sposób totalny.

– W podtytule książki mowa jest o paraolimpijskim zwycięstwie. Ale przecież one odniosły zwycięstwo w innych dziedzinach życia.
– Tak, bardzo mi zależało, żeby to była książka o sporcie, ale pokazująca bohaterki nie tylko przez pryzmat kariery sportowej, lecz także osoby z niepełnosprawnością, która musiała pokonać swoje ograniczenia, pracować nad swoim mentalem, co jest niezbędne w przypadku każdego sportowca, który częściej przecież przegrywa, niż staje na podium. W tej książce dziewczyny opowiadają w jaki sposób radzą sobie z takim ogromnym ciśnieniem – oczekiwaniami i pragnieniami innych, ale także ze swoimi ambicjami. Moje bohaterki uchylają też rąbka tajemnicy, jak im się to udaje, jak sobie z tym radzą, co im pomaga i czyje wsparcie było dla nich kluczowe, żeby przetrwać i kontynuować karierę. Ta książka też jest o kobiecości, o tym jak kobiety odnajdują się w sporcie, jak zarządzają swoim życiem, co się dzieje, gdy chcą mieć rodzinę – te wątki też się pojawiają. Dla mnie kluczem było pokazanie, że niepełnosprawność nie równa się nieszczęściu, choć w tych historiach oczywiście pojawiają się łzy smutku. Jednak co do zasady, są to osoby spełnione, które osiągnęły w życiu bardzo wiele, mimo że czasami niektóre z nich znajdowały się na pewnego rodzaju fizycznym, psychicznym czy środowiskowym dnie. A to zwycięstwo, o którym jest mowa w podtytule książki, dotyczy nie tylko sfery sportowej. One przechodziły w życiu różne bardzo trudne momenty. Myślę, że ta książka jest też o tym, że warto o siebie zawalczyć i mierzyć wysoko, nawet jeśli coś się wydaje niemożliwe. Jeśli do sukcesu zaczniemy się przybliżać nawet małymi krokami, to stanie się on kiedyś naszym udziałem.

Zobacz galerię…

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Halina Guzowska, fot. Adrian Stykowski

Data publikacji: 21.04.2026 r.

Udostępnij

Zachęcamy do zapisania się do Newslettera

Przeczytaj również