Obrona doktoratu przed Tokio. Wyzwania profesora kolarskich tras

4 marca br. Rafał Wilk obronił na Uniwersytecie Szczecińskim pracę doktorską „Sport osób z niepełnosprawnością ruchową w Polsce (1952-2016)”. Rzeszowianin przedstawił efekty swoich badań naukowych na blisko 280 stronach. Za cezurę początkową przyjął powstanie Zrzeszenia Sportowego Start, a końcową – Letnie Igrzyska Paraolimpijskie w Rio de Janeiro. Podczas tych ostatnich wywalczył dwa medale – złoty i srebrny.

Utytułowany handbiker wybrał bliski sobie temat, ale w literaturze wciąż są spore braki dotyczące sportu osób z niepełnosprawnościami. 46-latek skorzystał m.in. z materiałów zgromadzonych w archiwach i składnicach akt różnych instytucji. Ponadto cenne informacje uzyskał od osób ze środowiska. Teraz skupia się na przygotowaniach do tegorocznych Letnich Igrzysk Paraolimpijskich. Ma nadzieję, że w Tokio dobrze zaprezentuje się cała nasza reprezentacja. Ostatnio trenował głównie w domu.

Nasze Sprawy: Doktorat w świecie sportu to rzadkość. Ten tytuł naukowy zdobyła m.in. Justyna Kowalczyk. A jak zareagowałby Pan np. 10 lat temu na pomysł takich studiów? 

Rafał Wilk: Tak, Justyna Kowalczyk obroniła się parę lat temu. Wiem, że jeszcze Marek Kolbowicz [wioślarz, czterokrotny mistrz świata i mistrz olimpijski z 2008 r. – przyp. red.] jest po doktoracie. 10 lat temu powiedziałbym, że raczej do niczego nie jest mi to potrzebne i nie widzę siebie na takich studiach. Ale życie jest nieprzewidywalne i pisze różne scenariusze. Wiadomo, nigdy nie mów nigdy. Nie ma się co zarzekać. Bo to, co wydawało się niemożliwe, staje się faktem.

NS: Kto zatem miał wpływ na Pana decyzję?

RW: Nigdy nie myślałem o tym, żeby robić doktorat. Dużym orędownikiem tego był profesor Stanisław Zaborniak z Uniwersytetu Rzeszowskiego, który został moim promotorem. Spory wpływ miał też dr Janusz Zieliński, czyli promotor pomocniczy.

NS: Kiedy stresował się Pan bardziej: przed obroną pracy czy kluczowymi zawodami? 

RW: Kiedyś stresowałem się przed ważnymi startami, przed Londynem [debiut podczas Letnich Igrzysk Paraolimpijskich w 2012 r. – przyp. red.]. Teraz myślę, że może człowiek nie przywykł do stresu, ale wiele zależy od sytuacji. Pewnie wyglądałoby to inaczej, gdybym się nie przygotował. A tak naprawdę temat był mi bliski, więc prawdopodobnie z tego względu trochę mniej się stresowałem. Choć trochę nerwów się pojawiło przed samą obroną. Ona, zgodnie z rozporządzeniem rektora, została przeprowadzona w formie zdalnej.

NS: A dlaczego Uniwersytet Szczeciński? Czy znaczenie miał fakt, że kiedyś reprezentował Pan Start Szczecin?

RW: To też miało wpływ. Swoją karierę kolaiską rozpoczynałem właśnie w Starcie Szczecin, dla niego zdobywałem medale igrzysk paraolimpijskich i mistrzostw świata. Ale znaczenie też miały kontakty mojego promotora czy spotkanie z profesorem Jerzym Eiderem, który wtedy był dziekanem na wydziale. Tak wyszło, że padło na Szczecin. I cieszę się z tego, bo to bliskie miasto mojej karierze.

NS: Obronił Pan pracę „Sport osób z niepełnosprawnością ruchową w Polsce (1952-2016)”. Inny temat był brany pod uwagę, np. ze studiów magisterskich?

RW: Raczej nie. To są bliskie mi zagadnienia, a w literaturze mamy duże braki, jeśli chodzi o sport i historię osób niepełnosprawnych. Chciałem to pokazać, zarchiwizować pewne dane, bo jeszcze są spore luki. Natomiast praca magisterska to zupełnie odmienny temat od sportu osób niepełnosprawnych. Napisałem ją o ewolucji w narciarstwie na przestrzeni ostatnich lat. Wtedy byłem osobą w stu procentach sprawną, broniłem się jeszcze przed wypadkiem.

NS: Jak poradził sobie Pan z gromadzeniem materiałów potrzebnych do napisania pracy?

RW: Nie ma wielu publikacji na temat sportu osób niepełnosprawnych. Jest mało informacji, zwłaszcza dotyczących wcześniejszych lat, chociaż teraz też luki zdarzają się w dobie internetu. Z tego względu dotarcie do archiwalnych danych było niejednokrotnie utrudnione. Przykładowo pokazywałem sytuację w Polsce na tle innych państw. Myślałem, że Szwajcaria będzie dla mnie takim wzorcowym krajem pod kątem pozyskania materiałów. Ale tamtejszy związek nie miał ich zgromadzonych, a teraz chce, żebym im udostępnił swoją pracę. Z Francji czy z innych państw zdobywałem informacje poprzez swoje kontakty z zawodnikami czy trenerami. Z tym nie było problemów. Jednak porównanie Polski z innymi państwami nie stanowiło głównego tematu mojej rozprawy.

NS: Skontaktował się Pan z takimi paraolimpijczykami jak Szwajcar Heinz Frei, Włoch Vittorio Podesta czy Holender Johan Reekers. A w Polsce jak to wyglądało?

RW: Poinformowałem różne osoby, że piszę pracę na taki temat. Chciałem przeprowadzić z nimi wywiady. Część zawodników w ogóle się nie odezwała, ale na to nie miałem wpływu. Natomiast ci, którzy zareagowali, naprawdę wzbogacili doktorat. Dzięki temu np. jest przypomnienie sylwetek sportowców, ale też kadry trenerskiej, która miała wpływ na rozwój sportu paraolimpijskiego w naszym kraju. Różne osoby udostępniały materiały, również z archiwum prywatnego. Tak zrobił np. Krzysztof Głombowicz. Sporo pomógł też Zbyszek Wandachowicz. Dzięki niemu dużo się dowiedziałem o sporcie w Polsce w latach 70. czy 80.

NS: Jak pogodził Pan karierę sportową z przygotowaniem doktoratu?

RW: Generalnie nie było większych problemów z samym pisaniem. Tylko trochę to się przeciągnęło w czasie. Z tego względu, że człowiek musiał wszystko pogodzić. Zbieranie materiałów, trenowanie, zawody itp. Ale jak widać – można to połączyć, jeśli są chęci.

NS: Jak to wyglądało podczas zgrupowań? Tylko kolarstwo czy również praca nad doktoratem?

RW: Archiwum Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych Start zostało przeniesione do Wisły. Przyjeżdżając tam na zgrupowania, akurat korzystałem ze zgromadzonych materiałów. Wybierałem te najcenniejsze z punktu widzenia pracy doktorskiej.

NS: W ubiegłym sezonie zabrakło wielu imprez kolarskich. Pandemia pomogła czy utrudniła osiągnięcie celu na uczelni? 

RW:  Myślę, że to akurat mi pomogło. W minionym roku sporo wyścigów odwołano lub przesunięto. To sprawiło, że można było nad tym wszystkim przysiąść. Z tego względu pisanie przyśpieszyło. Wcześniej nie było tyle czasu, człowiek to odkładał i odkładał.

NS: Jaki rozdział chce pan dopisać w historii sportu?

RW: Moja kariera jeszcze chwilę potrwa. I miejmy nadzieję, że nie tylko ja, ale i reprezentacja Polski zapisze się złotymi zgłoskami na Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio. Wiemy, że się odbędą. To jest najszczęśliwsza wiadomość na ten rok, że nie myśli się o odwołaniu tej imprezy, a jeszcze niedawno takie były przymiarki. Fajnie też, że będą kibice, choć tylko z Japonii. Oczywiście, można startować na pustych stadionach, ale wtedy nie ma tej atmosfery.

NS: Takiej jak np. w Londynie w 2012 roku, kiedy zadebiutował Pan na Igrzyskach Paraolimpijskich.

RW: To był dla mnie szok w pozytywnym znaczeniu. Na naszym wyścigu było 110 tys. osób. To jest coś fantastycznego widzieć tych ludzi, którzy kibicują, cieszą się z tego, co oglądają. Ten sport tak naprawdę nie był postrzegany jako gorszy czy kulawy. Podejrzewam, że nasza piłkarska reprezentacja chciałaby, żeby tylu kibiców przyszło na jej mecz.

NS: Doktorat obroniony, teraz przygotowania do Tokio. Jak przebiegają?

RW: Ten rok jest taki, że jeszcze nie wyjechałem na żadne zgrupowanie. We wcześniejszych latach, odkąd trenuję, zawsze się odbywały. Początkowo jedno, później 2, a następnie 4. Generalnie cały czas w domu trenuję na rolce. Przez 2,5 miesiąca pogoda nie pozwalała na to, żeby gdzieś pojeździć na zewnątrz. Myślę, że to nie będzie miało większego wpływu. Psychika jest dużo mocniejsza, bo człowiek doskonali ją na tym trenażerze.

NS: W ubiegłym sezonie Pana fundacja była organizatorem Mistrzostw Polski w Kolarstwie Szosowym Niepełnosprawnych. Jak to będzie wyglądało w tym roku?

RW: Na pewno nie odbędą się na Podkarpaciu, więc zajmie się tym ktoś inny. Słyszałem o Śremie, ale nie wiem, czy już zapadła ostateczna decyzja. Może to nawet lepiej, że co roku będzie rywalizacja w innym regionie kraju. To też pozwoli rozpropagować ten sport. Ja właśnie odwiedziłem Centrum Rehabilitacji Donum Corde w Budach Głogowskich. Przy nim w ubiegłym roku odbyła się jazda indywidualna na czas podczas MP. To ośrodek mojego sponsora. Tam jest też Fundacja Donum Corde, która właśnie wspomogła Damiana Żądło. Wręczyliśmy mu nowiuteńki rower karbonowy. To wielkie wydarzenie, widziałem iskierki w oczach Damiana. Dla niego to pewnie coś fajnego i też ogromny strzał motywacyjny do tego, żeby dalej się rozwijać. Bardzo się z tego cieszę, bo wiem, co sam kiedyś przeżywałem dostawałem handbike’a.

Marcin Gazda, fot. archiwum Rafała Wilka

Data publikacji: 01.04.2021 r.

Udostępnij

Zachęcamy do zapisania się do Newslettera

Przeczytaj również