100 km przez pustynię dla Jacka – warto jest pomagać!

Drużyna „Polish Wings”

Samolot z z Tunezji z drużyną „Polish Wings” wylądował 8 października na katowickim lotnisku Pyrzowice. Sześcioro zawodników wygrało morderczy 100 km bieg Ultra Mirage przez Saharę, by zwrócić uwagę na sytuację chorującego paraolimpijczyka. W towarzystwie rodziny i przedstawicieli Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego zawodników przywitał Jacek Gaworski, wicemistrz paraolimpijski z Rio de Janeiro.

Pobiegli by pomóc szermierzowi w zbiórce pieniędzy niezbędnych na leczenie (5500 zł miesięcznie). Spektakularny wyczyn drużyny „Polish Wings” wywołał też spore zainteresowanie mediów, których przedstawiciele stawili się na lotnisku. Nie mogło wśród nich zabraknąć reporterki „Naszych Spraw”. Przeprowadziła ona krótkie rozmowy z kilkoma uczestnikami biegu, a najdłuższą z jedyną kobietą w zespole – Karoliną Warchulską. Prezentujemy ją poniżej.

Był on jednym z ostatnich wywiadów udzielonych przez wzruszoną i pełną wdzięku biegaczkę. 17 października dotarła do nas strasznie smutna wiadomość, że nagle i niespodziewanie od nas odeszła. Niech spoczywa w pokoju.

NS: – Patrzę na Was wzruszona, przygotowane na kartce pytania wydają się bezsensowne, bo nawet wyobrazić sobie nie umiem tego, co zrobiliście…

KW: – Do nas wszystkich to również nie dociera, no może poza Darkiem, który już się zmierzył z Saharą, natomiast ja… Nawet jak biegliśmy z Kaziem i zbliżaliśmy się do 90. kilometra to rozmawialiśmy o tym, że jeszcze 7–8 godzin wcześniej biegliśmy na tak zwanej drodze śmierci! To około 8 km na wprost, nic nie było widać dookoła poza piaskiem, horyzont zlewał się z nim. Tak naprawdę nie umiem sobie wytłumaczyć, jak ludzie są tam w stanie biec, nie chodzi nawet o dystans, ale w tak ekstremalnie ciężkich warunkach. Ja do tej pory nie mam zielonego pojęcia, oglądam filmik, który dostaliśmy od organizatora, patrzę w ten obrazek i nie wierzę w to, co się wydarzyło. Ja nie wierzę po prostu, że tam byłam, jeszcze nie umiem opowiedzieć o tym, co się wydarzyło.  To jest jakiś kosmos totalny…

Jeszcze na początku lipca nie mówiliśmy tak bardzo jednoznacznie, że jedziemy tam, aby wygrać. Szóstka amatorów, a pokonaliśmy ludzi, którzy tam mieszkają całe życie, pokonaliśmy sportowców przez duże S. Jeszcze – wiadomo, jaki kraj – ja, jako kobieta nie mogłam biec sama, więc biegł ze mną Kaziu. Dlatego nie ma tak dobrego czasu jak reszta chłopaków, ja go opóźniałam.

Zaczęłam biegać dopiero w styczniu 2019 roku, w tzw. międzyczasie złamałam nogę, cztery tygodnie temu zdiagnozowano u mnie silną anemię, zdarzyło mi się zemdleć na treningu, więc nie wiedziałam, jak będzie start wyglądał. Kaziu ze mną rzeczywiście został. I nie dość, że pierwsza Polka, nie dość, że wygrywamy, to jeszcze czwarta kobieta na dystansie stu kilometrów. Zabrakło mi chyba 1,5 godziny do trzeciego miejsca, ale to nie jest ważne.

Koło pięćdziesiątego kilometra chyba większość z nas miała kryzys, to właśnie było po tej drodze śmierci, która bardzo mocno „ryła psychikę”. I tak naprawdę – może ktoś powiedzieć, że my to mówimy medialnie – Jacek Gaworski jest z nami od bardzo długiego czasu. My znamy jego historię, rozmawiamy z nim prywatnie, i… to są takie mechanizmy, które się w głowie uruchamiają, że ja ich nie umiem wytłumaczyć. Po prostu się biegnie i nagle przychodzi do głowy myśl: Jacek walczy przez ostatnie prawie 15 lat! Z człowieka, który urodził się pełnosprawny, jest niepełnosprawny, nie może chodzić, stan się pogarsza. I czy to, że my mamy przebiec w temperaturze powyżej 40 stopni jest tak wielkim ciężarem, jaki on dźwiga codziennie? To jest taka myśl, która zakotwiczyła się u nas wszystkich w głowach i chyba dlatego to zrobiliśmy. Ja nie umiem powiedzieć, co się działo na 40., 50., 60. kilometrze, umysł chyba to wyparł. Tak jak powiedziałam – widzę filmiki, widzę moje nazwisko, kolegów nazwiska i nie wierzę, że myśmy tam byli. Kosmos, po prostu kosmos!

K. Warchulska dekoruje medalem Jacka Gaworskiego

K. Warchulska dekoruje medalem Jacka Gaworskiego

Wychodzę z założenia, że warto mieć marzenia, im bardziej absurdalne one będę, to nie ma znaczenia, byle nie poddawać się, pomimo kłód rzucanych pod nogi, pomimo piachu w oczy.

W ogóle, też to stwierdzenie! Myśmy wpadli z Kaziem w burzę piaskową, bo rzeczywiście jako ostatni z drużyny przybiegliśmy, w głowie mieliśmy tylko, w rozmowach z sobą „pomimo piachu w oczy” – ten fragment zdania, który jest przy zrzutce, jest przy całej tej akcji charytatywnej… I w tej burzy piaskowej to wszystko zaczęło się robić tak bardzo realne, że aż absurdalne.  Więc „pomimo piachu w oczy” róbcie wszystko, walczcie, warto jest pomagać.

Polish Wings

NS: – Skąd w ogóle wiedzieliście, w którym kierunku biec?

KW: –   Były oznaczenia, bardzo dobrze rozłożone, co kilka metrów żółte worki, na jednym odcinku one nam się trochę zlewały z krzakami i był problem, natomiast tak się koncentrowaliśmy, żeby tych worków nie zgubić. Mieliśmy trucka wgranego w zegarki czyli mapę trasy, nie było problemu. Bo my z Kaziem kończyliśmy już w nocy na czołówkach (latarki czołowe do nocnego biegania – przyp. red.), chłopaki wcześniej, jak się zmierzchało, ale tak, bardzo dobrze była trasa oznaczona.

NS: – Startowało 13 drużyn, pozostałe to?

KW: –   Głównie startowali ludzie zamieszkujący ten region. My ostatnie trzy miesiące, od ultra biegu Rzeźnika, który odbył się u nas w kraju, od covidu, to tak naprawdę cały czas trenowaliśmy i całe życie było ustawione tylko i wyłącznie pod treningi, pod aukcje charytatywne, rozpowszechnianie aukcji.  Każdy z nas jeszcze normalnie zawodowo pracuje, więc doba była w ostatnim czasie bardzo, bardzo krótka, szczególnie że w ostatnich 2–3 tygodniach łączna ilość godzin spędzonych na treningu zarówno biegowym jak i, od razu po nim, bieganiu w saunie, to cztery do pięciu godzin. Sam trening, a gdzie jeszcze przebranie się, dojechanie do miejsca, wykąpanie po saunie, jedzenie, to jest chyba absurdalne!

NS: – Zwycięstwo drużynowe polegało na tym, że zliczono czasy wszystkich uczestników drużyny?

KW: – Tak, podsumowane były nasze czasy, wyliczona średnia. My nie widzieliśmy rywalizujących zawodników po drodze, bo wiadomo – byliśmy rozrzuceni, każdy był puszczany o innym czasie, bo wymogi covidowe. Później, jak już przyszły oficjalne wyniki czasowe, kiedy organizator nam powiedział, że zajęliśmy pierwsze miejsce, to się okazało, że druga drużyna miała tylko 23 minuty więcej. Czyli jeżeli każdy z nas byłby minutę dłużej na każdym punkcie, to byśmy to przegrali. Więc tak naprawdę ta walka była cały czas, trzeba się było koncentrować na biegu, nie znaliśmy tych warunków, robiło się gorąco, nasze organizmy przestały przyjmować pokarmy, ciężko nam było z tym sobie poradzić, więc na samych płynach. Chcieliśmy dotrzymać danej obietnicy i pokazać, że amatorzy też potrafią… sięgać gwiazd tak naprawdę.

NS: – Punkty w ogóle były rzadko – co 20 km? Na „zwykłych” europejskich maratonach są z reguły co 5-10 km?

KW: – Główne punkty, ale w związku z tym, że na nich nie było już prowiantu (myśmy biegli i z prowiantem i z płynami), to jeszcze do osiemdziesiątego kilometra mniej więcej co 8 km stał pickup z dodatkową wodą. Ciężko by było bez niej, dzięki temu daliśmy radę.

NS: – No właśnie, bo czytając w regulaminie o odległościach pomiędzy punktami z wodą przeraziłam się.

KW – Dlatego nasze treningi wymagały, byśmy uczyli organizm przyjmowania płynów co – na przykład – 10 minut małymi łykami. Niektórzy z nas mieli na plecach 3,5 litra płynu, to jest 3,5 kg. Ja na plecach miałam 5,5 kg łącznie z jedzeniem, powerbankiem, z urządzeniami, które pozwalałaby złapać łączność ze światem, gdyby nam się coś przydarzyło. Wszystkim nam zresztą zerwała się łączność, chyba między 40. a 65. kilometrem nikt nie wiedział, gdzie kto jest, nawet ludzie, którzy nas obserwowali.

Dlatego nie dość, że grzęźliśmy w piachu, walczyliśmy z silnym wiatrem, to jeszcze dodatkowo nosiliśmy to wszystko na plecach, no i ta temperatura. Ale przyłożyliśmy się do treningów, całe życie było im podporządkowane.

Partnerzy w biegu

Partnerzy w biegu

NS: – Te zabójcze kilogramy! Z opowiadań maratończyków wiem, że nawet flaga potrafi pod koniec biegu ciążyć…

KW: – Flagi również wszyscy mieliśmy ze sobą, wbiegaliśmy z nimi na metę. Jako drużyna mieliśmy o tyle sytuację łatwiejszą, że nasz kapitan Darek już to przebiegł. Więc my musieliśmy bardzo dokładnie wysłuchać jego uwag, jego wskazówek, trzymać się tych założeń. W teorii to uznaliśmy, ale nie wiedzieliśmy, jak będzie tak naprawdę w praktyce. Teraz jesteśmy w stanie coś więcej na ten temat powiedzieć, niemniej jednak ważne jest, żeby zbierać doświadczenia. I rzeczywiście, jak można było nie zaufać człowiekowi, który to już zrobił  – w zeszłym roku przybiegł jako 18. Europejczyk. Więc my pokornie słuchaliśmy, robiliśmy te treningi , uczyliśmy się picia, jedzenia w saunie. Trzeba było zaufać. No i drużyna! Nie można było sobie pozwolić na to, że ktoś będzie grał na swoje konto, tylko i wyłącznie. Nie, każdy miał swoje zadanie do zrobienia, każdy miał w głowie Jacka, my po prostu daliśmy tak dużą deklarację, że to też nas chyba pchało.

NS: – Nikt nie miałby do Was pretensji, nikt.

KW: – Ale my chyba czulibyśmy się z tym źle. Jacek też nie miałby pretensji, natomiast my tak bardzo chcieliśmy wszyscy dobiec! W moim przypadku – to czwarte miejsce wśród kobiet, to jest jakiś tam odległy temat, to nie jest aż takie interesujące. Natomiast to, jak Jacek mówi o tym, że jest częścią naszej drużyny, że się z nami solidaryzuje, to pierwszy raz jego słowa były takie „łał”. No tak musiało po prostu być, że los nas połączył i on był dla nas takim bodźcem, który sprawił, że właśnie pomimo piachu w oczy, pokonaliśmy 100 km pustyni dla Jacka Gaworskiego.

Karolina Warchulska

Karolina Warchulska

NS: – Słyszałam, że wcześniej miała Pani złamaną nogę. Kiedy?

KW: – W listopadzie, 10 listopada, a 11 biegłam maraton w Atenach.

NS: – Z tą złamaną nogą??

KW: – Tak. Człowiek jest nienormalny. Bo to były Ateny, bo to był taki kultowy maraton, taki historyczny. Ja myślałam, że noga jest tylko skręcona, w Polsce bym tego pewnie nie pobiegła, ale człowiek taki jest naiwny… Po złamaniu wróciłam do biegów pod koniec marca, początek kwietnia tego roku. Czerwiec – Bieg Rzeźnika, 88 km. Jestem strasznie upartą osobą, szaloną i wychodzę z założenia, że jest tylko jedno życie, i albo robimy wszystko, żeby spróbować je przeżyć jak najlepiej, albo… Wiadomo, nie zawsze trzeba balansować na granicy.

Ja teraz się trochę uspokoję, odpocznę, zacznę tak trenować, żeby to nie było od kontuzji do kontuzji, muszę sprawdzić, co z tą anemią, bo to wcale nie jest zabawne, a mamy jakieś takie plany na przyszłość, jakieś kosmiczne. Fajnie byłoby je realizować w takim składzie jaki jest i nieść dalej pomoc, bo to jest tak naprawdę najważniejsze. Każdy mówi, że fajnie jest pomagać, ale ludzie z perspektywy kanapy nic tak naprawdę nie robią. My nasze słowa chcemy wdrażać w czyny, bo pomaganie jest dziecinnie proste. Jak widać, jest. Tylko czasami trzeba chwilę popracować, parę tygodni, miesięcy…

Drużyna Polish Wings

NS: – Bardzo dziękujemy.

 

Rozmawiała i fot. Ilona Raczyńska

Data publikacji: 19.10.2020 r.

Udostępnij

Zachęcamy do zapisania się do Newslettera

Przeczytaj również